<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Urodzeni, aby wygrywać &#8211; Polski Komitet Olimpijski</title>
	<atom:link href="https://olimpijski.pl/category/urodzeni-aby-wygrywac/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://olimpijski.pl</link>
	<description>Misją Polskiego Komitetu Olimpijskiego jest rozwój, propagowanie i ochrona Ruchu Olimpijskiego w Polsce, zgodnie z Kartą Olimpijską.</description>
	<lastBuildDate>Thu, 11 Apr 2024 09:11:04 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	

<image>
	<url>https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2020/06/logo.jpg</url>
	<title>Urodzeni, aby wygrywać &#8211; Polski Komitet Olimpijski</title>
	<link>https://olimpijski.pl</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>Tomasz Majewski</title>
		<link>https://olimpijski.pl/tomasz-majewski/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 11 Apr 2024 09:06:43 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://olimpijski.pl/?p=83563</guid>

					<description><![CDATA[„Pochodzę ze wsi, moi rodzice mieli gospodarstwo rolne. Z czwórką rodzeństwa tworzyliśmy dużą, szczęśliwą rodzinę. Byłem przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Do tego dostałem dużo swobody, wolności, co z kolei pozwoliło mi się szybko usamodzielnić. Poza sportem i nauką miałem również swoje zainteresowania. Dużo czytałem, lubię literaturę, nie można się zamknąć tylko na sport, na jeden temat, to spłyca życie. Dla kariery zdrowy dystans to wielka sprawa. Dzięki temu byłem jeszcze lepszy”. ... <a class="read-more" href="https://olimpijski.pl/tomasz-majewski/">Czytaj dalej</a>]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong>„Pochodzę ze wsi, moi rodzice mieli gospodarstwo rolne. Z czwórką rodzeństwa tworzyliśmy dużą, szczęśliwą rodzinę. Byłem przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Do tego dostałem dużo swobody, wolności, co z kolei pozwoliło mi się szybko usamodzielnić. Poza sportem i nauką miałem również swoje zainteresowania. Dużo czytałem, lubię literaturę, nie można się zamknąć tylko na sport, na jeden temat, to spłyca życie. Dla kariery zdrowy dystans to wielka sprawa. Dzięki temu byłem jeszcze lepszy”.</strong></p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Moje miejsce w historii</strong></h2>



<p>W historii lekkoatletyki oczywiście jest znaczące, bo jednak trochę tych medali zdobyłem. Moja kariera była długa i bogata, ale jesteśmy też dyscypliną sportu, która ma duży wkład w historię polskiego olimpizmu. Wielkich mistrzów przede mną i po mnie na szczęście było sporo, ale też rozumiem mój udział w dziejach konkurencji, którą uprawiałem, na poziomie światowym. Jak do tego podchodzę? Całkiem normalnie. Nauczono mnie w sporcie, że zaraz po zdobyciu medalu przechodzi on do historii i trzeba patrzeć do przodu na następne wyzwania, na następne imprezy. I tak było przez całą karierę. Nie patrzyłem wstecz, dopiero po zakończeniu startów spojrzałem na swój dorobek, by go jakoś ocenić. Miałem dobrą karierę, wykorzystałem większość swoich szans, choć nie wszystkie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było naprawdę nieźle.</p>



<p>Mamy w historii wielkich mistrzów jak Irena Szewińska, Robert Korzeniowski, Anita Włodarczyk, jak uczestnicy Wunderteamu, choćby Józef Schmidt czy Zdzisław Krzyszkowiak. Mieliśmy szczęście do postaci, które stanowiły o sile swoich konkurencji, byli gwiazdami formatu światowego. Ja wchodziłem do sportu, kiedy kształtowała się ta druga złota drużyna. Razem z Piotrkiem Małachowskim, później Anitą Włodarczyk tworzyliśmy wstęp do tej supermocnego teamu i z tego mam największą radość. Że udało nam się rozkręcić dobrą koniunkturę, że udało się zacząć wielkie sukcesy polskiej lekkoatletyki na nowo.</p>



<figure class="wp-block-image size-large"><img fetchpriority="high" decoding="async" width="1024" height="684" src="https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Pekin2008-1024x684.jpg" alt="" class="wp-image-83551" srcset="https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Pekin2008-1024x684.jpg 1024w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Pekin2008-300x200.jpg 300w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Pekin2008-768x513.jpg 768w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Pekin2008-1536x1026.jpg 1536w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Pekin2008-1200x800.jpg 1200w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Pekin2008.jpg 1553w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /><figcaption class="wp-element-caption"><em>Pekin 2008</em></figcaption></figure>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Na początku była zabawa</strong></h2>



<p>Na samym starcie tak powinno być. Dla mnie sport długo był zabawą, ale wielu ludzi przepowiadało mi i wierzyło, że mogę być prawdziwym zawodnikiem, seniorem z krwi i kości, bo mam ku temu możliwości. Tak też układało mi się w głowie. Kiedy zacząłem zdobywać medale mistrzostw Polski w młodszych kategoriach, dostrzegłem w sobie miejsce na rozwój. Miałem świadomość, że jeśli nadgonię parę rzeczy, moje pchanie może naprawdę nieźle wyglądać. W wieku 20 lat zacząłem wierzyć, że mogę być wyczynowcem.</p>



<p>Zacząłem startować w zawodach okręgowych już w szkole podstawowej, zanim jeszcze zacząłem trenować, niczego nie potrafiąc. W szkole średniej trafiłem na stadion, zaczęły się regularne zajęcia. Od razu mi się spodobało, trenowałem sześć razy w tygodniu. Nie bawiłem się w lekkoatletykę, natychmiast wszedłem w wyczynowy reżim. Tak zostało na 20 lat.</p>



<p>Przez pierwsze lata kariery było ciężko, miałem wiele nieudanych startów. Na szczęście coś tam zacząłem łapać, im dalej w las, tym więcej. Wyróżnikiem mojej kariery było to, że odnotowywałem stały progres. Właściwie nie zatrzymywałem się w rozwoju.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Mój pierwszy trener</strong></h2>



<p>Był nim Zbyszek Majewski, mój kuzyn. Wciągnął i namówił mnie do lekkoatletyki. Bardzo szybko przeszedłem do profesjonalnej grupy Witolda Suskiego, który był trenerem kadry w rzucie dyskiem. Trenowałem z nim, jego synem Pawłem. Przeszedłem do grupy rzutów, która już wtedy była bardzo dobra. Przyczyniło się to do mojego rozwoju, bo od razu trenowałem w świetnych warunkach. Za moim sukcesem stało to, że od samego początku dobrze mnie uczono, przeskoczyłem parę szczebli.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Rozłąka z domem</strong></h2>



<p>W pierwszych latach kariery w ogóle jej nie było, ponieważ dojeżdżałem do szkoły, po lekcjach trenowałem i wracałem do domu. Ostatni autobus odjeżdżał o godz. 18.15, na który musiałem zdążyć, bo następnego po prostu nie było. Stąd nauczyłem się szybko trenować na bardzo krótkich przerwach. Po przyjeździe do Warszawy musiałem się tego oduczyć. Do stolicy trafiłem już na studia, było więc czymś oczywistym, że wyjdę z rodzinnego domu. Daleko nie miałem, to zaledwie 70 km. Zresztą moje rodzeństwo również wybrało ten kierunek.</p>



<p>Pochodzę ze wsi, moi rodzice mieli gospodarstwo rolne. Z czwórką rodzeństwa tworzyliśmy dużą, szczęśliwą rodzinę. Pomogło mi to niezwykle w moim rozwoju sportowym. Byłem przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Do tego dostałem dużo swobody, wolności, co z kolei pozwoliło mi się szybko usamodzielnić. Ważne jest też to, że poza sportem i nauką miałem również swoje zainteresowania. Dużo czytałem, lubię literaturę, nie można się zamknąć tylko na sport, na jeden temat, to spłyca życie. Dla kariery taka odskocznia, zdrowy dystans to wielka sprawa. Dzięki temu byłem jeszcze lepszy.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Moja technika</strong></h2>



<p>Byłem jednym z ostatnich, który pchał techniką doślizgu, po mnie był tylko David Storl. Po nas to wszystko się skończyło, a przecież kiedy zaczynałem, dzieliliśmy się pół na pół z zawodnikami, którzy pchali techniką obrotową. W tej chwili relacja ta wynosi 99,5 do 0,5 proc. U kobiet ta relacja jest nieco mniej zachwiana. Łatwiej pcha się z obrotu, większe jest też spektrum zawodników w tej konkurencji, bo również niżsi mają swoje miejsce. Choć pchałem nieźle, nigdy nie doszedłem do zakładanych przez siebie celów technicznych, nigdy nie było aż tak ładnie, jak bym chciał.</p>



<figure class="wp-block-embed is-type-video is-provider-youtube wp-block-embed-youtube wp-embed-aspect-16-9 wp-has-aspect-ratio"><div class="wp-block-embed__wrapper">
<iframe title="Tomasz Majewski: &quot;Dla kariery zdrowy dystans to wielka sprawa&quot;" width="1050" height="591" src="https://www.youtube.com/embed/D7U5TcD8-FE?feature=oembed" frameborder="0" allow="accelerometer; autoplay; clipboard-write; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture; web-share" referrerpolicy="strict-origin-when-cross-origin" allowfullscreen></iframe>
</div></figure>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Pierwsze igrzyska</strong></h2>



<p>Ateny 2004. Trudno było mi się na nie zakwalifikować. W pierwszym starcie sezonu zabrakło mi dziewięciu centymetrów, później złapałem lekką kontuzję, która zepsuła mi cały cykl przygotowań. Technicznie się rozsypałem, nie mogłem pokonać wymaganego minimum 20,30 m. Po drodze był jeszcze wypadek samochodowy z trenerem. Mimo to z tych dziewięciu brakujących centymetrów zrobiło się siedem, ale zaczęło brakować zawodów, gdzie mógłbym dołożyć kolejne. Pojechałem pociągiem na Białoruś na zawody ostatniej szansy i tam mi się udało. Byłem przedostatnim olimpijczykiem, który zakwalifikował się do Aten.</p>



<p>Same igrzyska były szczególne, w starożytnej Olimpii. Na starożytnym stadionie były tylko dwie konkurencje, ale przyznam, że wolałbym startować na stadionie. Choć jechałem jako czwarty zawodnik halowych mistrzostw świata, co rozbudziło moje oczekiwania, ale zakończyłem igrzyska na 18. miejscu. To było pierwsze zderzenie z tak ważną imprezą, można było zdać sobie sprawę z wagi tego wydarzenia. Dopiero wtedy przekonałem się, że to coś naprawdę szczególnego w porównaniu do innych seniorskich imprez, na które już jeździłem. To była bardzo dobra nauka, zobaczyłem czar igrzysk. Sportowo był to jednak krok w tył.</p>



<p>Cztery lata między igrzyskami to dobry okres mojej kariery. Jeździłem na imprezy mistrzowskiej, łapałem „szerokie finały”. Miałem duże możliwości, ale czułem, że technicznie jestem pogubiony. Potrzeba było paru lat, by wszystko poukładać. W 2007 roku byłem piątym zawodnikiem mistrzostw świata, rok później w hali zdobyłem swój pierwszy medal mistrzostw globu. Oczekiwania były więc coraz większe, zaczął kiełkować w mojej głowie sprytny plan, że mogę mieć medal na igrzyskach w Pekinie. Ale chodziło o brąz. Założenia spełniły się ponad normę, im bliżej startu, tym lepszą formę prezentowałem. Wygrałem!</p>



<p>Pamiętam przebieg konkursu, dzień, w którym wszystko się poukładało. W eliminacjach pchnąłem 21 metrów, wygrałem je, uwierzyłem, że ja naprawdę mogę wygrać. Finał przebiegł po mojej myśli, prowadziłem od drugiej kolejki, a moi rywale pchali poniżej swoich możliwości. W ostatnich seriach poprawiłem się na 21,51 m i wygrałem!</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Najlepszy czas</strong></h2>



<p>Sportowo to ten między Pekinem a Londynem. Zawsze walczyłem o medale, zawsze o złoto. Różnie to bywało, ale biłem rekordy życiowe, rekord Polski. Do Londynu pojechałem jako faworyt. Mimo że był to konkurs na innym, dużo wyższym poziomie niż cztery lata wcześniej, byłem bardzo pewny siebie. To byli już inni rywale, których jednak pokonałem niewielką różnicą 3 cm. Mimo to uważam, że była to pewna wygrana.</p>



<p>Ale mam też pewne niedosyty. Ten największy dotyczy tego, że nie pokonałem granicy 22 metrów. W sportach „policzalnych” te odległości są bardzo ważne, symboliczne. Brak osiągnięcia tego celu zrekompensowały mi dwa złote medale olimpijskie. Drugi niezrealizowany cel to tytuł mistrza świata, gdzie dwukrotnie byłem bardzo blisko. Ale i tak mogę powiedzieć przecież, że miałem naprawdę dobrą karierę.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Rywale</strong></h2>



<p>W pchnięciu kulą dobry okres wciąż trwa, a wtedy to wszystko nabierało tempa. Miałem świetnych przeciwników z dobrymi karierami – byli to Christian Cantwell, Reese Hoffa, David Storl i cała światowa czołówka. To były długie kariery, dzięki czemu stoczyliśmy wiele bardzo dobrych pojedynków. Byliśmy zgraną, znaną sobie stawką, przyjaźniliśmy się. Moja konkurencja była na tyle życiowa, że nie trzeba było trzymać wielkiego reżimu, razem z kolegami mogłem sobie pozwolić na dużo więcej. Nie mieliśmy jakichś szczególnych obostrzeń, więc dlatego trzymaliśmy się bardzo mocno.</p>



<p>Moim największym przyjacielem, nie tylko sportowym, jest Piotrek Małachowski, nasz wspaniały dyskobol. Nasze kariery rozwijały się podobnie i w tych samych momentach.</p>



<figure class="wp-block-image size-large"><img decoding="async" width="1024" height="640" src="https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Londyn2012-1024x640.jpg" alt="" class="wp-image-83549" srcset="https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Londyn2012-1024x640.jpg 1024w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Londyn2012-300x188.jpg 300w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Londyn2012-768x480.jpg 768w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Londyn2012-1536x960.jpg 1536w, https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2024/04/Tomasz_Majewski_Londyn2012.jpg 2000w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /><figcaption class="wp-element-caption"><em>Londyn 2012</em></figcaption></figure>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Koniec</strong></h2>



<p>Zakończyłem karierę w 2016 roku po igrzyskach w Rio de Janeiro. Daleko od tego sportu nie odszedłem, zostałem działaczem sportowym, wszedłem do zarządu PZLA, cały czas działam. Jestem również związany z Polskim Komitetem Olimpijskim, od ośmiu lat jako członek zarządu. Przede mną kolejne wyzwanie, czyli szefowanie misji olimpijskiej na Paryż 2024. Na tym skupia się moja obecna praca – na organizacji wyjazdu i pobytu całej naszej reprezentacji olimpijskiej.</p>



<p>Moje życie rodzinne jest bardzo dobre. Mam żonę, trzech synów, którzy rodzili się w trakcie mojej kariery i po niej. Cieszę się, że udało mi się pogodzić karierę z życiem prywatnym, co jest przecież bardzo trudne. Teraz już mogę spełniać się jako „cywil”.</p>



<p>Życie sportowca jest fajne. W trakcie kariery trudno sobie wyobrazić, że będzie inaczej. Jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłych wyjazdów, szalonych podróży, brykania po hotelach. Takie życie na walizkach niesie pewną ciekawość, zawsze są to dobre historie, bo jesteśmy otoczeni ludźmi z całego świata, którzy wiodą podobny styl. To zapamiętam przede wszystkim, ten cały lekkoatletyczny cyrk, permanentny ruch.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Marzenia</strong></h2>



<p>Kiedy jest się sportowcem, są one skrystalizowane, bardzo konkretne, dotyczą wyników sportowych. A teraz, już w życiu prywatnym są one bardzo przyziemne – żeby być zdrowym, żeby bliscy byli zdrowi. Na szczęście nie muszę już żyć według wyznaczonych celów.</p>



<p><em>Wysłuchał Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport</em></p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Jacek Wszoła</title>
		<link>https://olimpijski.pl/jacek-roman-wszola/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 04 Apr 2024 08:43:57 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://olimpijski.pl/?p=83394</guid>

					<description><![CDATA[„Zostałem rekordzistą świata wyjątkowo łatwo, niespodziewanie i poza świadomością. Tak jakby los mówił do mnie: jak zaczniesz kombinować, to nic z tego nie wyjdzie. Obudziłem się późno, nie miałem czasu na kombinacje, nie zjadłem śniadania, więc byłem lekki. Niczym się nie przejmowałem. Łatwiejszych zawodów nie miałem w życiu. Złoto w Montrealu? To żadna historia, to coś, co musiało się zdarzyć.” ... <a class="read-more" href="https://olimpijski.pl/jacek-roman-wszola/">Czytaj dalej</a>]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong>To coś, co musiało się zdarzyć</strong></h2>



<p>„Zostałem rekordzistą świata wyjątkowo łatwo, niespodziewanie i poza świadomością. Tak jakby los mówił do mnie: jak zaczniesz kombinować, to nic z tego nie wyjdzie. Obudziłem się późno, nie miałem czasu na kombinacje, nie zjadłem śniadania, więc byłem lekki. Niczym się nie przejmowałem. Łatwiejszych zawodów nie miałem w życiu. Złoto w Montrealu? To żadna historia, to coś, co musiało się zdarzyć.”</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Jak to się zaczęło?</strong></h2>



<p>Na początku była gimnastyka w czwartej klasie szkoły podstawowej. Moja mama była gimnastyczką, później trenerką, więc pod opieką jej koleżanek i kolegów rozpocząłem treningi. Nie spodobał mi się ten sport, zerwałem z nim w sposób dość gwałtowny, tak samo jak gwałtownie spadłem z kółek podczas treningu. Pomyślałem, że to zupełnie nie dla mnie, choć trwało to wszystko dwa lata. Tata był lekkoatletą i trenerem. Cały czas rozwijałem się w nurcie sportowym, trochę popychany, trochę namawiany, trochę wyzywany do jakichś rywalizacji. Sport był w moim życiu zawsze obecny, o sporcie dużo się mówiło, sport przenikał życie rodzinne i wychodził poza to życie. I nagle sam zacząłem sport uprawiać dość regularnie.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Dlaczego skok wzwyż?</strong></h2>



<p>Nauczycielem wychowania fizycznego w szkole podstawowej nr 55 na Grochowie w Warszawie był zapalony turysta, sportowiec, człowiek niezwykle aktywny, mgr Jan Chojarczyk, który chyba nie mógł usiedzieć w domu. Jego życie rodzinne ograniczało się do tego, że wpadał do domu, przesypiał się, ale tak naprawdę całe dnie spędzał w szkole. Po lekcjach, gdzie oczywiście uczył WF, były zajęcia Szkolnego Klubu Sportowego. Zaczęło się od uszycia wielkich worów, które zostały wypchane gumowymi ścinkami. Poprzeczka i stojaki były oczywiście na wyposażeniu szkoły i tak zaczęła się moja przygoda z lekkoatletyką, ze skokiem wzwyż.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Pierwsze starty</strong></h2>



<p>Stałem się reprezentantem Polski w bardzo dziwnych zawodach w Atenach. To był mój zagraniczny debiut. Grecy ułożyli formułę zawodów opisaną mistrzostwami świata chłopców w wieku szkolnym, czyli przekładając na nasz język mistrzostwa świata juniorów młodszych. Wyjechałem pierwszy raz za granicę, pierwszy raz wystąpiłem na wielkim, olimpijskim stadionie. Zająłem drugie miejsce, pierwszy był Rosjanin, którego nazwiska nie pamiętam, ale dało mi to tyle satysfakcji, tyle radochy, że oto kilkunastu dzieciaków z Polski wyjechało oglądając przy okazji kolebkę igrzysk, Stadion Panateński czy wzgórza wielkiego miasta, jakim są Ateny. Przy okazji mieliśmy możliwość rywalizacji kilkunastu krajów na poziomie międzynarodowym. Trudno wyobrazić sobie większą frajdę dla 16-latka.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Igrzyska w Montrealu</strong></h2>



<p>Miałem świadomość, że Dwight Stones, który był rekordzistą świata i poprawiał go na parę tygodni przed startem w igrzyskach, jest w fenomenalnej formie. Było naturalne, że to z nim będę rywalizował, bo skoro ktoś ustanawia nową barierę, nową granicę, skacze 2,31 m, to tylko na tym poziomie można ścierać się o medale. Tak się złożyło, że 12-letni rekord Europy ustanowiony przez Walerija Brumela wynosił 2,28 m, a ja atakowałem go przy każdym starcie. Stąd wymyśliłem sobie, że zaatakuję na igrzyskach wysokość 2,29 m, bo gdzie znaleźć lepszą arenę do spektakularnego wyczynu. Nie myślałem o medalu, ale o tej wysokości, choć czułem, że taki wynik może dać nawet złoto. Zależało mi przede wszystkim na tym, by zrobić coś ekstra, coś bardzo ekstra.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Droga po złoto</strong></h2>



<p>Niekorzystna pogoda, zimno, przeciągający się konkurs i wypadanie z niego świetnych skoczków na dość wczesnym etapie spowodowały, że mój scenariusz stał się właściwie nieosiągalny. Po moim skoku na 2,25 m Rosjanin Siergiej Budałow opuścił tę wysokość, chciał wyżej, ale odpadł. Ja z kolei po nieudanej próbie na 2,27 m zaatakowałem 2,29 m, skoki te były bardzo kiepskie, a spowodowane to było tym, że po kilku godzinach walki stałem zmarznięty, mokry, bez rzeczy do przebrania. Zadowolony z tego, co się stało, że mam już złoto, nie miałem aż tak wielkiej motywacji. To cała historia mojego medalu, bo to, że doszedłem na najwyższy stopień podium po pięciu skokach, pokonując wysokości przy pierwszych podejściach, to nie jest żadna historia. To coś, co musiało się zdarzyć.</p>



<figure class="wp-block-embed is-type-video is-provider-youtube wp-block-embed-youtube wp-embed-aspect-16-9 wp-has-aspect-ratio"><div class="wp-block-embed__wrapper">
<iframe loading="lazy" title="JACEK WSZOŁA: &quot;To coś, co musiało się zdarzyć&quot;" width="1050" height="591" src="https://www.youtube.com/embed/kVxLkV8g5dc?feature=oembed" frameborder="0" allow="accelerometer; autoplay; clipboard-write; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture; web-share" referrerpolicy="strict-origin-when-cross-origin" allowfullscreen></iframe>
</div></figure>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Moskwa 1980</strong></h2>



<p>To był bardzo dziwny start, ponieważ przychodziły do mnie wiadomości od ludzi, którym bardzo ufałem, m.in. od nieżyjącego już prof. Jerzego Sowińskiego, który był członkiem komisji medycznej Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Mówił mi wprost: Jacek, na kontroli antydopingowej dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Chodziło o to, że próbki pobrane od zawodników gdzieś wyparowują, trudno jest nawet prześledzić, co się z nimi dzieje. W prywatnej opinii przekazał mi, że jakieś nieczyste sprawy wchodzą w grę, a krótko mówiąc wszyscy są nakoksowani, a nikt tego nie bada. Przyjechałem do Moskwy na dwie doby przed swoimi eliminacjami, nie czułem żadnej presji, mieląc w głowie wszystkie wiadomości, które do mnie dotarły. Myślałem sobie: Rosjanin Aleksandr Grigorjew ma rekord życiowy na poziomie 2,30 m, Gerd Wessig z NRD również ma taki wynik, a ja tę wysokość wciągam nosem niemal za każdym razem, w tamtym sezonie skoczyłem tyle aż dziewięć razy, z czego większość przed igrzyskami, więc miałem przekonanie, że nie ma na mnie siły. Ale przegrałem tak, jak Dwight Stones przegrał ze mną cztery lata wcześniej. W finale oprócz mnie zameldował się także Janusz Trzepizur, myślałem, że sobie posiedzimy, pogadamy, poskaczemy i sięgniemy po dwa medale, ale okazało się, że dwa medale zdobili Enerdowcy. Na cztery pierwsze lokaty aż trzy należały do zawodników z tego kraju. Wessig wygrał złoto i pobił mój rekord świata o centymetr.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Rekord świata</strong></h2>



<p>Było to w roku igrzysk olimpijskich w Moskwie. Wróciłem z dość długiego obozu w Madrycie, po przylocie do Warszawy dowiedziałem się, że mam zaproszenie na start w Eberstadt, ale wyjazd jest nazajutrz, a zawody pojutrze. Nie miałem z tym żadnego problemu, spakowałem potrzebne rzeczy i wyruszyłem. Przyjechałem dość późno w nocy, a Eberstadt okazało się wsią, która liczy 500, może 600 mieszkańców, którzy w większości zajmują się uprawą winorośli. Obudziłem się, było na tyle późno, że już nie było śniadania, wziąłem w rękę jakieś owoce, ale podeszła do mnie pani, która pomagała w kuchni w pensjonacie, gdzie spałem, i zapytała o coś po niemiecku. Nie znam języka, więc domyśliłem się, że chodzi o zawody, bo pokazała plakat. Patrzę, a na nim jest godzina rozpoczęcia zawodów o 13, spoglądam na zegarek, a tu 11.30. Ja bez śniadania, rozespany, a rywale już rozmierzają rozbiegi. Matko Święta – myślę sobie. Taki kawał drogi przejechałem, ktoś wykosztował się na bilety, a ja wpadam w ostatniej chwili. Odcinek między pensjonatem, a stadionikiem zrobionym na boisku do piłki ręcznej, przypominającym tartan, wynosił około 800 m. Ponieważ na rozgrzewkę nigdy nie biegałem więcej, uznałem, że wystarczy, by przygotować się do startu. Porozciągałem się, zrobiłem jeden próbny rozbieg, nawet nie skok. Pomyślałem, że jest ok, najwyżej rozpocznę trochę niżej tę rywalizację, co potraktuję jako próbne skoki. Tymczasem poszło szybko – 2,28 m, 2,31 m, co było rekordem Polski, i zostaliśmy we dwóch w zawodach. Patrzymy na siebie, pytam: to co, 2,35 m? Skoczyłem w pierwszej próbie i zostałem rekordzistą świata. Wyjątkowo łatwo, niespodziewanie i poza świadomością. Tak jakby los mówił do mnie: jak zaczniesz kombinować, to nic z tego nie wyjdzie. Obudziłem się późno, nie miałem czasu na kombinacje, nie zjadłem śniadania, więc byłem lekki. Niczym się nie przejmowałem. Łatwiejszych zawodów nie miałem w życiu.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Rok olimpijski 1984</strong></h2>



<p>Byłem dość optymistycznie nastawiony do tego sezonu, nie mając pewności, że zostanie on ukoronowany startem na igrzyskach. Miałem duże wątpliwości, które zresztą się potwierdziły dość szybko, bo już w maju. Zamiast w Los Angeles wystartowałem w Moskwie na Zawodach Przyjaźni, które były kuriozalnym startem dla skoczków wzwyż. Uprzedzono nas, że start chwilę się opóźni, patrzymy, a na stadion wchodzi kilku liliputów w ponczach, nic nie zmyślam. Patrzę, a tam Peruwiańczyk, Wenezuelczyk, Argentyńczyk. Zaczęli szykować się do startu, ale przyszła taka ulewa, że w kilka minut napadało kilkanaście centymetrów wody. Nagle wyszło słońce, ale woda została. W rywalizacji tej, obok wspomnianych Południowców, zebrała się elita skoku wzwyż. Przede mną skakał Walerij Sereda z ZSRR, najlepszy w tamtym sezonie. Biegnie, stawia stopę na zeskoku, przewraca się, krzyk bólu, okazuje się, że ma złamane ramię, przedramię, obojczyk, tragedia. Jestem następny, już rozebrany do skoku. Na paluszkach, delikatnie, na pół gwizdka, z połowy rozbiegu, postawiłem stopę i upadłem. Pomyślałem: upadnę i poleżę. Przyjechała karetka pogotowia, czego nie ująłem w scenariuszu. Załadowali mnie do środka i wywieźli. Chcieli mnie przetransportować do szpitala, jak Seredę kilka minut wcześniej. Mówię: chłopaki, wszystko jest ok, nic mi się nie stało, ja tylko upadłem i leżałem. Wjechaliśmy w tunel i tam zostaliśmy, skąd oglądałem do końca te zawody. Kuriozalne było to, że Władek Kozakiewicz zajął szóste miejsce skacząc 5,40 m, został uznany za tego, który nie przyłożył się do swojego startu. A ja, który się przewróciłem, niczego nie osiągnąłem, zostałem w ogóle pominięty w kwestii oceny skuteczności tego startu. Wszystko to działo się kilka dni po starcie lekkoatletów na igrzyskach w Los Angeles, więc trudno było się zmotywować. Moim celem w ogóle nie była Moskwa, ale przygotowanie się do startu na naprawdę prestiżowych zawodach w Zurychu, Monaco, Berlinie, Brukseli, Londynie. To był cel. Na marginesie dodam, że w 1984 roku pobiłem życiówki w skokach z jednego kroku, z trzech kroków, gdzie osiągnąłem 2,25 m, a zwycięstwo w Los Angeles dawał wynik 2,29 m. Więc pewnie zdobyłbym kolejny medal, ale to zostanie na zawsze w tajemnicy niespełnionych nadziei.</p>



<p><em>Wysłuchał Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport</em></p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Artur Partyka</title>
		<link>https://olimpijski.pl/artur-jerzy-partyka/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 12 Jan 2024 10:16:10 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://olimpijski.pl/?p=79900</guid>

					<description><![CDATA[„Jechałem do Atlanty wygrać igrzyska. Zabrakło niewiele w pamiętnym pojedynku z Charlesem Austinem, walczyliśmy do ostatniego momentu, skończyło się u mnie na wysokości 2,37 m. Choć minęło 27 lat, co chwila dostaję link do wideo z komentarzem, że czegoś takiego nie widział. Mało kto pamiętał dość szczęśliwy skok Austina na 2,39 m, ale właśnie ten mój, gdzie ustalono, że pobiłbym rekord świata, gdyby poprzeczka była wyżej”. ... <a class="read-more" href="https://olimpijski.pl/artur-jerzy-partyka/">Czytaj dalej</a>]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong>Trzeba wierzyć w to, co się robi</strong></h2>



<p>Pojechałem na trzy igrzyska, ale chcę opowiedzieć także o tych czwartych, na których mnie zabrakło. Byłem w doskonałej formie, ale przytrafiła mi się kontuzja. Wspólnie z trenerem podjęliśmy decyzję o rezygnacji, później wielu kibiców podkreślało istotę takiej postawy, bo nie chciałem uczestniczyć w tych igrzyskach za wszelką cenę. Nie wolno podejmować wyzwań, do których nie jest się przygotowanym. Nie byłbym w porządku wobec siebie i innych &#8211; mówi Artur trzykrotny olimpijczyk, srebrny i brązowy medalista igrzysk w Atlancie i Barcelonie w skoku wzwyż.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Jak to się wszystko zaczęło…</strong></h2>



<p>Zdecydował o tym przypadek. Kilkaset metrów od obiektów ŁKS, którego jestem wychowankiem, na boisku szkoły podstawowej nr 6, starsi koledzy zaprosili mnie do konkursu skoku wzwyż. Zadaniem było pokonanie wysokości wyznaczonej przez sznurek, stojakami były drewniane podpórki, a lądowaliśmy w piaskownicy. Ponieważ nie wiedzieliśmy, że można skakać techniką zwaną flopem, robiliśmy to sposobem przerzutowym. Lądowanie nie było przyjemne, ale to się wszystko zaczęło. Następnego dnia urządziliśmy powtórkę, znów poszło mi nieźle, więc po okolicy poszła fama, że jakiś młody chłopak zajął w tych zawodach drugie miejsce. Wieść dotarła do mojego pierwszego nauczyciela sportu, pana Mirosława Guzka, który zdecydował, że w takim razie wystawi mnie w zawodach dzielnicowych. Znów rywalizowałem ze starszymi od siebie chłopakami, zająłem trzecie miejsce. Tam z kolei dostrzegł mnie trener Marek Maciejewski z ŁKS, szkoleniowiec znany z pracy z młodymi zawodnikami. Wraz ze swoimi podopiecznymi miał już na koncie wiele sukcesów ze sprinterami, skoczkami w dal i dość niespodziewanie przytrafił mu się skoczek wzwyż.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Kariera…</strong></h2>



<p>Dzieli się ona na kilka etapów, o tym pierwszym już wspominałem. Pociągnęła mnie fascynacja sportem, możliwość rywalizacji, choć na początku nie byłem wcale pilnym zawodnikiem. Nie tak łatwo było zaprowadzić mnie na trening, często robiłem delikatne uniki, zamiast na zajęcia szedłem na pobliski dworzec kolejowy Łódź Kaliska. Tym bardziej że najpierw byłem zakochany w piłce nożnej. W ślad za legendarnym Janem Tomaszewskim występowałem na pozycji bramkarza. Ale lekkoatletyka zaczęła wciągać mnie coraz mocniej, czy to za sprawą trenera, czy atmosfery panującej w naszej grupie treningowej. Pierwsze trzy-cztery lata to był właściwie wstęp do kariery, która była poważnym etapem w moim życiu, uformowała mnie jako sportowca. Zaczęły się pierwsze poważne zawody, pierwsze wyjazdy zagraniczne. W latach 1985-1986 przyszły pierwsze prawdziwe sukcesy. Nie było więc możliwości, bym się wycofał, zostałem w lekkoatletyce na stałe.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Pierwsze sukcesy…</strong></h2>



<p>Dokonując gradacji moich osiągnięć bardzo ważny jest czas, na który one przypadały. Pierwszym zapamiętanym medalem był ten z mistrzostw Polski młodzików z 1984 roku. Skoczyłem wówczas 194 cm. Stało się to wejściem do poważniejszego sportu, choć wciąż na poziomie juniorskim. Pierwsze zwycięstwo na arenie międzynarodowej to rok 1987 i złoto w kategorii juniorów na mistrzostwach Europy. A dalej było już tylko lepiej, złoto mistrzostw świata juniorów i wreszcie pierwszy ważny sukces w seniorach, jakim było halowe mistrzostwo Europy w 1990 roku.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Pierwsze igrzyska…</strong></h2>



<p>To niespodzianka, zupełnie nie spodziewałem się wyjazdu do Seulu w 1988 roku, choć rozpoczynając przygodę ze sportem marzyłem oczywiście o tej imprezie. Była to nagroda od Polskiego Komitetu Olimpijskiego za moje juniorskie osiągnięcia, swego rodzaju kredyt. Pamiętam moment, kiedy napłynęła ta informacja. Wraz z biegaczem Tomkiem Jędrusikiem czekaliśmy na decyzję na obozie w Spale. Był sierpień, do końca nie byliśmy pewni, czy pojedziemy, czy jednak spotka nas ten zaszczyt dopiero za cztery lata. Decyzję podjęli Aleksander Kwaśniewski, ówczesny szef PKOl, oraz Stanisław Stefan Paszczyk, wiceprzewodniczący Komitetu Kultury Fizycznej i Młodzieży. Dostaliśmy szansę, mieliśmy jechać po naukę. Rzeczywiście wyjazd ten był taką nauką, ale i wspaniałą przygodą. Jako 19-latek skoczyłem na głęboką wodę, tym bardziej że impreza odbywała się w kraju o odległej dla nas kulturze.</p>



<figure class="wp-block-embed is-type-video is-provider-youtube wp-block-embed-youtube wp-embed-aspect-16-9 wp-has-aspect-ratio"><div class="wp-block-embed__wrapper">
<iframe loading="lazy" title="Urodzeni, aby wygrywać: Artur Partyka" width="1050" height="591" src="https://www.youtube.com/embed/z2ePTeWahwc?feature=oembed" frameborder="0" allow="accelerometer; autoplay; clipboard-write; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture; web-share" allowfullscreen></iframe>
</div></figure>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Brąz w Barcelonie…</strong></h2>



<p>Tu już nie było mowy o niespodziance, na igrzyska do Barcelony jechał o wiele dojrzalszy Artur Partyka. Nie tylko sportowiec z doświadczeniem, ale i pierwszymi poważnymi sukcesami, bo za taki traktuję zwycięstwa z wysokiej klasy rywalami. We wspomnianych już mistrzostwa Europy w Glasgow zdobyłem jedyne dla Polski złoto, zostawiłem za plecami Dietmara Mögenburga, mistrza olimpijskiego z Los Angeles, Patrika Sjöberga, Gerda Nagela. Dwa-trzy lata wcześniej zawodników tych oglądałem w telewizji. W halowych mistrzostwach świata w Sewilli w 1991 roku stoczyłem niesamowity bój z Hollisem Conwayem, wynosząc z tej rywalizacji srebrny medal po skoku na 2,37 m. Ponieważ zbliżałem się do granicy 2,40 m, jechałem na igrzyska do Barcelony w zupełnie innej roli. Miałem w sobie doświadczenie, fantazję, ale i skłonność do ryzyka. Bo nie zawsze wszystko układało się tak, jakbym chciał. Na mistrzostwach świata na otwartym stadionie w 1991 roku w Tokio poniosłem klęskę, zajmując dopiero 10. miejsce. Rok wcześniej na mistrzostwach świata w Splicie również byłem dziesiąty, choć powinienem walczyć o medale. Wspomniane wcześniej ryzyko polegało na tym, że powiedziałem sobie, iż jeśli nie zaprezentuję w Barcelonie odpowiedniej klasy, poziomu, który gwarantuje mi walkę o medale, to trzeba będzie dać sobie spokój ze sportem. Postawiłem wszystko na jedną kartę, dlatego igrzyska te były dla mnie tak ważne z powodu nie tylko sportowego, ale i życiowego także. Wspólnie z trenerem Edwardem Hatalą podjęliśmy decyzję o mocnej zmianie treningu. Efekty przyszły, przywiozłem brązowy medal, jedyny w lekkoatletyce dla polskiej reprezentacji.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Srebro w Atlancie…</strong></h2>



<p>Wielu moich kibiców uważa drugie miejsce na kolejnych igrzyskach jako ukoronowanie mojej kariery. Byłem 27-letnim skoczkiem, w pełni dojrzałym, skaczącym bardzo wysoko i co najważniejsze, robiącym to regularnie. Forma rosła wraz ze stażem treningowym, potwierdzały to kolejne sprawdziany. Jechałem walczyć o najwyższy cel, zwłaszcza że miałem wiele medali w czteroleciu poprzedzającym te igrzyska. Chciałem wygrać. Zabrakło niewiele w pamiętnym pojedynku z Charlesem Austinem, walczyliśmy do ostatniego momentu, skończyło się u mnie na wysokości 2,37 m. Ale jaki był to skok. Choć minęło 27 lat, co chwila dostaję link do wideo z komentarzem, że czegoś takiego nie widział. Mało kto pamiętał dość szczęśliwy skok Austina na 2,39 m, ale właśnie ten mój, gdzie ustalono, że pobiłbym rekord świata, gdyby poprzeczka była wyżej. Rozmawiając później z innymi skoczkami doszliśmy do wniosku, że w karierze ma się nie kilkadziesiąt, nie kilkanaście, ale jeden skok, który jest ideałem. Na pewno był to jeden z moich pięciu najlepszych skoków w karierze, bo muszę pamiętać o pobitej kilka tygodni później w Eberstadt życiówce na 2,38 m.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Sydney…</strong></h2>



<p>Chciałbym też wspomnieć o igrzyskach, na których nie byłem. Wybierałem się do Sydney w 2000 roku. Byłem w doskonałej formie, ale przytrafiła mi się kontuzja. Wspólnie z trenerem podjęliśmy decyzję o rezygnacji, później wielu kibiców podkreślało istotę takiej postawy, bo nie chciałem uczestniczyć w tych igrzyskach za wszelką cenę. Nie wolno podejmować wyzwań, do których nie jest się przygotowanym. Nie byłbym w porządku wobec siebie i innych. Nie chciałem jechać wyłącznie za zasługi. Decyzja ta spina moją olimpijską przygodę.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Co dał mi sport…</strong></h2>



<p>Wiele rzeczy, które mogę teraz wspominać. Dał mi cechy charakteru, które zostały do dziś, pomagają w codziennym życiu. Mam na myśli punktualność, zorganizowanie, pewną nieustępliwość. Jeśli ludzie uważają, że pewne rzeczy są w życiu nie do zrobienia, to sportowcy wyczynowi rzadziej posługują się taką wymówką. Dzięki sportowi poznałem świat i ludzi, poszerzył moje horyzonty. Równolegle z karierą sportową starałem się rozwijać na innych polach. Wszystko to ze sobą mocno korespondowało. Cały czas mam kontakt z tymi, których poznałem podczas kariery.</p>



<p>Czy jest coś w moje karierze, z czego mogliby korzystać inni olimpijczycy? Tak, konsekwencja w realizacji planu nakreślonego wspólnie z trenerem. Wiara w to, że podczas igrzysk możliwe jest absolutnie wszystko, że mogą otworzyć się perspektywy na wielkie rzeczy. Bo gdzie, jeśli nie tam. Trzeba wierzyć w to, co się robi, otworzyć na piękne sportowe marzenia, które w dużej części się zmaterializują.</p>



<p><em>&#8222;materiał ukazał się w Polsacie Sport&#8221;<br>Fot.: PKOl &#8211; Szymon Sikora</em></p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Maja Włoszczowska</title>
		<link>https://olimpijski.pl/maja-wloszczowska/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 24 Nov 2023 13:20:05 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://olimpijski.pl/?p=79105</guid>

					<description><![CDATA[– Dwa lata temu skończyłam swoją kolarską karierę, chciałam z tego powodu zrobić porządną imprezę podsumowującą. Namawiali mnie do tego bliscy, ale to pandemia, to wybuch wojny, zawsze coś stawało na przeszkodzie. Dopiero moje 40. urodziny skłoniły mnie do tego, by wreszcie zamknąć ten rozdział mojej kariery sportowej – mówi Maja Włoszczowska, dwukrotna medalistka olimpijska, a obecnie członkini komisji zawodniczej Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. ... <a class="read-more" href="https://olimpijski.pl/maja-wloszczowska/">Czytaj dalej</a>]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong>Piękna przygoda, która niewinnie się zaczęła</strong></h2>



<p><strong>– Dwa lata temu skończyłam swoją kolarską karierę, chciałam z tego powodu zrobić porządną imprezę podsumowującą. Namawiali mnie do tego bliscy, ale to pandemia, to wybuch wojny, zawsze coś stawało na przeszkodzie. Dopiero moje 40. urodziny skłoniły mnie do tego, by wreszcie zamknąć ten rozdział mojej kariery sportowej – mówi Maja Włoszczowska, dwukrotna medalistka olimpijska, a obecnie członkini komisji zawodniczej Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.</strong></p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Jak to się wszystko zaczęło?</strong></h2>



<p>Moje sportowe początki to przede wszystkim mama, która uwielbia aktywność fizyczną. Zawsze całą rodziną wybieraliśmy rozmaite sporty. Zimą to były narty, a latem rowery. Nigdy nie było wymówek, nie było innej opcji na spędzenie niedzielnego czasu. Zawsze jednak było to hobby, absolutnie nikt nie myślał o wyczynowej karierze, nikt z moich bliskich nie kreślił planów, według których miałabym zostać zawodowym sportowcem. Ale kiedyś wystartowaliśmy w amatorskich mistrzostwach Polski „Family Cup”. Wszystko działo się nieopodal naszego domu w Karpaczu, grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Wtedy okazało się, że mam talent do kolarstwa górskiego. Najpierw wygrałam eliminacje regionalne, później ogólnopolskie finały, stojąc na podium podszedł do mnie trener Śnieżki Karpacz, wręczył koszulkę kolarską i powiedział, że następnego dnia mam przyjechać na trening. Byłam w tamtym czasie wzorową uczennicą, typowym kujonem, stwierdziłam, że codzienne treningi mogą być zbyt dużym wyzwaniem, by łączyć je ze szkołą. Kilka osób mnie namawiało i poszłam na te zajęcia. Było tak fajnie, że na tym treningu zostałam przez ponad 20 lat. W szkole podstawowej grałam również w koszykówkę, biegałam w przełajach, jeździłam na nartach zjazdowych w szkółce narciarskiej, ale to rower była zawsze moją największą pasją. Przede wszystkim dlatego, że sam rodzaj wysiłku, jako dyscyplina wytrzymałościowa, był dla mnie idealny. Poza moimi predyspozycjami to przede wszystkim kontakt z naturą, okazja do poznawania nowych miejsc, zwiedzanie świata. No i ten rollercoaster w naturze – zjazdy z korzeniami i kamieniami oraz podjazdy. Kiedy ma się odpowiednią technikę, daje to dużo frajdy, powoduje potężny wyrzut endorfin i radości. Dlatego mimo zakończenia kariery zawodowej, wciąż dużo jeżdżę na rowerze. Nawet cieszy mnie to bardziej niż kiedyś, bo nie ograniczają mnie już interwały zadane przez trenera. Tylko jeżdżę gdzie chcę i ile chcę. Czerpię z tego czystą przyjemność.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Moje życie to także matematyka</strong></h2>



<p>Kiedy skończyłam szkołę średnią, stanęłam przed dylematem, jakie studia wybrać. Chodził mi po głowie marketing sportowy w wersji zaocznej, by uzyskać tytuł magistra skupiając się na karierze sportowej. Wtedy do porządku przywróciła mnie mama i finalnie wybrałam totalnie skrajną rzecz, czyli matematykę finansową i ubezpieczeniową na Politechnice Wrocławskiej w trybie dziennym. Kiedy ktoś mnie teraz pyta, czy wykorzystywałam tę wiedzę w trakcie swojej kariery, to odpowiadam, że niekoniecznie. Choć analityczne myślenie zawsze się przydaje i to w każdym aspekcie życia. Liczby i umiejętność posługiwania się nimi zawsze przydawały mi się w karierze, trening w kolarstwie to w dużej części liczby, próg FTP, moc, jaką jesteśmy w stanie generować w jednostce czasu. Do tego dostosowuje się interwały treningowej, itd. W oparciu o takie narzędzia można prognozować formę na dany dzień. Czy zamierzam pracować w zawodzie? Też nie. Ale kiedy przedstawiam się jako analityk finansowo-ubezpieczeniowy, ludzie traktują mnie poważniej, więc było warto. A już mówiąc poważnie, matematyka była dla mnie poduszką bezpieczeństwa na wypadek, gdyby kariera sportowa nie potoczyła się tak, jak planowałam. Teraz wiele mówimy o tym, jak ważne jest, by sportowcy myśleli o swojej przyszłości i nie stawiali wszystkiego na jedną kartę. Życie pokazuje, że jedna kontuzja może wykluczyć zawodnika ze sportu już na zawsze. Tym bardziej cieszę się, że dałam radę pogodzić studia dzienne z zawodowym sportem. Studia poszerzyły moje horyzonty, nie zamknęłam się w wąskim świecie kariery. Ile kilometrów przejechałam na rowerze? Prawdę mówiąc nigdy tego nie liczyłam, bo z reguły trenowałam na czas, a nie na dystans. Średnio było to około 13 tys. km rocznie, kilka razy udało się objechać kulę ziemską dookoła. Jeszcze kilka takich rund przede mną…</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Kobiety w sporcie</strong></h2>



<p>Na moim benefisie gościło kilka fantastycznych kobiet, m.in. Otylia Jędrzejczak, Monika Pyrek, które już skończyły karierę i niesamowicie realizują się w strukturach sportowych. Była z nami Kasia Zillmann, która wciąż jest aktywna, a już myśli o swojej przyszłości i mocno działa na rzecz kobiet w sporcie. Jestem dumna, że poruszam się wśród kobiet, które zmieniają sport, dużo do niego wnoszą, łamią stereotypy. Wspomniana już Otylia została prezesem Polskiego Związku Pływackiego, cieszę się z tego, bo to przykład, że kobiety na stanowiskach dobrze sobie radzą. Staramy się wprowadzać standardy z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego na struktury krajowe. Problemem jest, że kobiety nie zawsze chcą obejmować takie stanowiska, ale z drugiej strony hamuje je to, że tych miejsc nie ma zbyt wiele. Nie zawsze jesteśmy też dobrze i mile widziane w tych strukturach zarządczych. Pod tym względem sport przechodzi dużą transformację. Zaledwie 30 proc. członków MKOl to kobiety, a dążymy do zachowania parytetu. Niewykluczone, że będziemy mieli kobietę kandydata na stanowisko szefa MKOl. To fajne zmiany, które wnoszą wiele dobrego.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Taniec z gwiazdami</strong></h2>



<p>Wiele osób dziwiło się na mój udział w XIII edycji „Tańca z Gwiazdami”. Że to już passe, że już nikt się tym interesuje, może niekoniecznie dobrze wpływa to na wizerunek, tymczasem okazało się, że to świetna przygoda. Sport sprawił, że mocno ograniczyłam swoje życie, nie miałam możliwości skupienia się na innych pasjach, więc uznałam, że jeśli mogę przeżyć coś nowego, a przy okazji nauczyć się tańczyć, to czemu nie. Zobaczyłam przy okazji, jak wygląda program na żywo z tak wielkim rozmachem. Być w środku tego wszystkiego było genialnym doświadczeniem i bardzo się cieszyłam, mimo że moja kariera w tym programie była krótka. Z życia należy korzystać, nie patrzeć na to, kto i za co nas krytykuje, tylko brać, ile się da.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Mój największy sukces</strong></h2>



<p>To nie największe imprezy, ale powrót do ścigania się po bardzo poważnej kontuzji. Pierwsze medale mistrzostw świata czy pierwszy medal olimpijski był obłędnym przeżyciem, czymś nie do opisania, nie do uwierzenia, konsekwencją włożonej w to ciężkiej pracy, ale nigdy w drodze do tych sukcesów nie miałam większych przeszkód. A taką przeszkodą był bardzo poważny uraz, który wykluczył mnie z igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Miałam totalnie zniszczony staw skokowy, a było to tydzień przed olimpijskim startem. Już nie chodzi o igrzyska, mój powrót do sportu w ogóle stanął pod znakiem zapytania. Powrót był trudny, okupiony wieloma miesiącami tytanicznej pracy i rehabilitacji. Po drodze pojawiło się mnóstwo innych trudności, wymagało to niesamowitej wytrwałości, ciężkiej harówki, wiary, a ja sobie z tym poradziłam. Po tej kontuzji miałam swój najlepszy sezon, a za kolejne cztery lata wystartowałam w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro, gdzie zdobyłam swój drugi medal. Rio było obłędne. Także dlatego, że towarzyszyła mi duża świadomość. Choćby taka, że mój start nie wynika tego, że urodziłam się z dużym wynikiem VO2Max i miałam szczęście do ludzi po drodze, tylko dlatego, że przeszłam bardzo ciężką drogę, zebrałam wokół siebie fantastyczny zespół z wielką świadomością. Każdy dzień planu treningowego realizowany był z dużą uwagą. To był piekielnie ciężko wypracowany medal, z którego tym większa była satysfakcja na mecie. Uczucie nie do opisania. Kiedy teraz o tym myślę, mam ciarki na rękach. To było warte tej ciężkiej pracy.</p>



<figure class="wp-block-embed aligncenter is-type-video is-provider-youtube wp-block-embed-youtube wp-embed-aspect-16-9 wp-has-aspect-ratio"><div class="wp-block-embed__wrapper">
<iframe loading="lazy" title="Jubileusz Mai Włoszczowskiej. „Piękna przygoda, która niewinnie się zaczęła”" width="1050" height="591" src="https://www.youtube.com/embed/l2jgS8iyviE?feature=oembed" frameborder="0" allow="accelerometer; autoplay; clipboard-write; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture; web-share" allowfullscreen></iframe>
</div><figcaption><em>materiał ukazał się w Polsacie Sport</em></figcaption></figure>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Igrzyska olimpijskie</strong></h2>



<p>Wszystkie igrzyska, w których brałam udział, spowodowały we mnie jakąś dużą zmianę, albo dużo mnie nauczyły. Ukształtowały mnie jako sportowca i człowieka. To wyjątkowa impreza skupiająca uwagę mediów na całym świecie, ludzi, którzy na co dzień nie interesują się sportem. Potęguje to stres towarzyszący sportowcom, ale jednocześnie to szansa na całkowite odwrócenie dotychczasowej kariery. Pierwszymi były te w Atenach jeszcze w trakcie studiów. Wówczas zmieniły się moje życiowe priorytety, nauka zeszła na drugi plan, pierwszy był już sport. Nie mogło być inaczej, kiedy zdałam sobie sprawę, że o takiej imprezie marzy tysiące sportowców na całym świecie. Po raz pierwszy towarzyszyły mi takie nerwy, doświadczyłam co to znaczy zainteresowanie mediów, oczekiwania kibiców, itd. Wielkiej pracy psychologicznej wymagało postawienie mnie na nogi i wprowadzenia z obawy „co to będzie, kiedy nie zdobędę medalu olimpijskiego”. Skończyłam na szóstym miejscu, co ze względu na mój młody wiek okazało się bardzo dobrym wynikiem.</p>



<p>Później był Pekin w 2008 roku i trafienie do świadomości szerokiej publiki. Medal zmienia życie sportowca, zwłaszcza w niszowych dyscyplinach sportu. Moja rozpoznawalność w Polsce wzrosła kilkukrotnie, niosło to wiele pozytywów, ale i odpowiedzialność za to, że jest się osobą publiczną. O Londynie i tragedii z tym związanej już mówiłam, a przecież jechałam tam jako faworytka do złota. To miały być moje najlepsze igrzyska. Ale to też nauka, że nie na wszystko w życiu mamy wpływ, a energię należy skupiać tam, gdzie możemy coś realnego zrobić. &#8222;Rio&#8221; były najbardziej magicznymi igrzyskami, państwo już wiedzą, ale moimi ostatnimi były te w Tokio – wyjątkowe, pandemiczne. Miałam skończyć karierę w 2020 roku, z powodu przełożenia igrzysk musiałam to przełożyć o rok, co niezbyt korzystnie wpłynęło na moją formę. Tam jednak spotkał mnie niesamowity przywilej, byłam chorążą Olimpijskiej Reprezentacji Polski razem z Pawłem Korzeniowskim. Nie wiem, czy to tzw. klątwa chorążego, nie wiem, co nie zagrało, ale jeśli chodzi o wynik, był to mój najgorszy start, zakończony na 21. miejscu. Niezwykłe doświadczenie pozwoliło mi wytłumaczyć sobie, że zrobiłam wszystko, by przygotować się i wystartować jak najlepiej. Nic bym nie zmieniła w tym procesie, po prostu czasami ma się gorszy dzień, a w sporcie obniżenie takiej dyspozycji o 5 proc. dramatycznie przenosi się na wynik końcowy.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Mistrzostwa świata</strong></h2>



<p>W kolarstwie górskim to impreza na równi z igrzyskami olimpijskimi, ponieważ walczy się o tęczową koszulkę najlepszego zawodnika globu, przez rok można ścigać się w tęczowych barwach. Złoto z 2010 roku to wielki highlight mojej kariery, ale te highlighty to także przegrane zawody, w moim przypadku w 2016 roku w Novym Meste na Morave. Przez cały wyścig jechałam na drugim miejscu, na ostatnim zjeździe miałam defekt roweru, przebiłam oponę, musiałam biec do boksu technicznego, wyprzedziły mnie dwie zawodniczki. Rzuciłam się w szaleńczą pogoń, na finiszu doganiałam Kanadyjkę Emily Batty. Przegrałam o… 20 cm, znalazłam się tuż poza podium. Na mecie czekali na mnie polscy fani, którzy licznie przyjechali do Czech. Liczyli na mój srebrny medal, ale tak mocno skandowali moje nazwisko, że zrozumiałam wtedy, że nie zawsze medale są najważniejsze.</p>



<h2 class="wp-block-heading"><strong>Moje życie po życiu</strong></h2>



<p>W trakcie kariery zastanawiałam się, jak będę realizować się po jej zakończeniu. Często rozmawiałam o tym z koleżankami i kolegami, jak oni sobie z tym poradzili. Nagle tracimy cel, który był przed nami, przestajemy być aktywni, przez co dopadają nas konsekwencje zdrowotne. Nie chciałam narzucać sobie niczego od startu, tylko przez dwa lata robić różne rzeczy i przekonać się, w czym czuję się najlepiej. By to nowe życie dało mi choćby namiastkę pasji i przyjemności, jakie miałam z uprawiania sportu. Nie planowałam zupełnie, że trafię do MKOl do komisji zawodniczej. Nie do końca wierzyłam, że jako zawodniczka z kolarstwa górskiego z Polski zostanę wybrana przez sportowców całego świata w głosowaniu do tego &#8222;ciała&#8221;. Widocznie czymś ich przekonałam, przy czym zaznaczę, że nie jest to moja praca, pełnię tę misję społecznie. Pochłania to wiele czasu, ale daje wiele możliwości i satysfakcji. Działam na rzecz sportowców całego świata, zderzam się z problemami, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Spotykam się z ludźmi z najwyższych stanowisk, więc to duży przeskok. Nie czuję się działaczem, ale dyplomatką. Mam wielką satysfakcję widząc, jak szanowany jest głos sportowców i doceniany w światowych strukturach. Sport wiele dał mi w życiu, teraz staram się oddać to sportowi.</p>



<p>Życiowo układam swoje życie zawodowe od strony biznesowej. To nie tylko szkolenia biznesowe, ale eventy rowerowe. Chciałabym pokazywać kolarstwo nie tylko ze sportowej strony, ale także jako pretekst do eksplorowania świata.</p>



<p>Dziękuję, że wspieraliście mnie podczas kariery, trzymajcie kciuki za innych, bo sportowcy tego potrzebują. Nie tylko podczas zbliżających się igrzysk olimpijskich w Paryżu.</p>



<p><em>materiał ukazał się w Polsacie Sport</em></p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Witold Woyda</title>
		<link>https://olimpijski.pl/witold-woyda/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 24 Oct 2022 09:44:43 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://olimpijski.pl/?p=63702</guid>

					<description><![CDATA[Na sportowy dorobek naszego bohatera składa się ponadto pięć srebrnych i pięć brązowych medali mistrzostw świata, ćwierć setki zwycięstw w prestiżowych imprezach międzynarodowych, wiele tytułów indywidualnego i drużynowego mistrza kraju (nie tylko we florecie, ale także w szpadzie i szabli). ... <a class="read-more" href="https://olimpijski.pl/witold-woyda/">Czytaj dalej</a>]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong>Ćwierć setki zwycięstw</strong></h2>



<p>Był pierwszym z czterech polskich sportowców, którzy podczas tych samych igrzysk dwukrotnie stawali na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. Nim uczynili to: pięcioboista nowoczesny Arkadiusz Skrzypaszek, chodziarz Robert Korzeniowski i skoczek narciarski Kamil Stoch, sztuki tej dokonał szermierz Witold Woyda, który w roku 1972 w Monachium wygrał indywidualny turniej florecistów, a trzy dni później wraz z kolegami (Markiem Dąbrowskim, Arkadiuszem Godelem, Jerzym Kaczmarkiem i Lechem Koziejowskim) triumfował w tej broni w rywalizacji drużynowej.</p>



<p>Na sportowy dorobek naszego bohatera składa się ponadto pięć srebrnych i pięć brązowych medali mistrzostw świata, ćwierć setki zwycięstw w prestiżowych imprezach międzynarodowych, wiele tytułów indywidualnego i drużynowego mistrza kraju (nie tylko we florecie, ale także w szpadzie i szabli).</p>



<p>Urodził się 10 maja 1939 roku w Poznaniu, lecz swoje sportowe życie związał na wiele lat z Warszawą. To tu, jako 14-latek, po raz pierwszy trafił na zajęcia szermiercze prowadzone przez trenera Władysława Dobrowolskiego. Trenował solidnie, czyniąc stałe postępy, czego efektem było powołanie go do reprezentacji kraju na rozgrywane w roku 1957 w naszej stolicy mistrzostwa świata juniorów. Wypadł w nich więcej niż obiecująco, bo zajął w turnieju znakomite czwarte miejsce.</p>



<p>Już trzy lata później, jako 21-letni zawodnik, znalazł się w ekipie na igrzyska w Rzymie. Olimpijski debiut był udany – przyniósł  Woydzie czwarte miejsce w turnieju indywidualnym i piąte (w towarzystwie Egona Franke, Ryszarda Kunze, Ryszarda Parulskiego i Janusza Różyckiego) w rywalizacji drużynowej.</p>



<p>Z trzech następnych igrzysk wracał już do kraju z medalami.&nbsp; W Tokio (1964) wraz z E. Franke, R. Parulskim, J. Różyckim i Zbigniewem Skrudlikiem sięgnął po drużynowe srebro. W Meksyku cztery lata później w ekipie w podobnym składzie, w którym miejsce J. Różyckiego zajął Adam Lisewski, był krążek brązowy. Na najcenniejszą zdobycz, a ściślej – najcenniejsze zdobycze, trzeba było poczekać kolejne cztery lata.</p>



<p>Najpierw – rywalizacja indywidualna, a w niej kolejno: pierwsze miejsce w rundzie eliminacyjnej, drugie w drugiej rundzie, znów pierwsze w grupie ćwierćfinałowej, trzecie w półfinałowej i&#8230; awans do finału. W nim Witold Woyda zaprezentował wyżyny szermierczych umiejętności – imponował refleksem, szybkością, zmianami tempa, unikami, wręcz fantazją na planszy, idealnym odczytywaniem zamiarów kolejnych rywali. Efekt? Prawdziwie imponujący – 5 zwycięstw! Pierwsze 5:0 w „bratobójczym” pojedynku z Markiem Dąbrowskim, potem 5:2 z Francuzem Christianem Noëlem, 5:3 z Węgrem Jenö Kamutim, 5:2 z Władimirem Denisowem z ZSRR, wreszcie 5:0 w dość jednostronnym starciu z Rumunem Mihaiem Tiu. Bohdan Tomaszewski, legendarny sprawozdawca Polskiego Radia, który relacjonował przebieg zmagań szermierzy, w swej książce „Dziesięć moich olimpiad” &nbsp;tak pisał po latach o tej walce: „Czegoś podobnego nie widziałem dotychczas. Kiedy Tiu szykował się do natarcia, raptem Woyda ruszył naprzód z wyciągniętym floretem. Jakby zahipnotyzował przeciwnika. Rumun stał i czekał. Wreszcie złapał się za głowę, kiedy ostrze floretu dotknęło jego piersi. – Trafił. Trafił – wołałem do mikrofonu. Ostatnie trafienie olimpijskiego turnieju floretu. Piękne są olimpiady. Piękne są i dlatego, że pozwalają ziszczać się ludzkim marzeniom. Zdobył to, o czym marzył. To, co wydawało mu się tyle razy nieosiągalne. Koledzy podrzucali go w górę, a pierwszy podskoczył do zwycięzcy Marek Dąbrowski. Szum braw. Wszyscy są pogodni…” Jakże nie być pogodnym w tak radosnych dla nas wszystkich chwilach. Niejedną łzę uroniliśmy także w kraju, oglądając w telewizji jak olimpijskie złoto wręcza Woydzie nasz rodak – członek MKOl i ówczesny Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego dr Włodzimierz Reczek.</p>



<p>To było 30 sierpnia, a już 2 września polscy floreciści sprawili, że otrzymaliśmy&nbsp; następną porcję jakże radosnych emocji. 33-letni Witold Woyda do olimpijskiego triumfu poprowadził polską drużynę, w której za partnerów miał: Marka Dąbrowskiego (22 lata), Arkadiusza Godela (20), Jerzego Kaczmarka (24) i Lecha Koziejowskiego (23). W finale biało-czerwoni zwyciężyli szermierzy radzieckich 9:5, przy czym nasz bohater wygrał każdą ze swych czterech walk, a naprzeciwko niego stawali nie byle jacy rywale – Wasilij Stankowicz, Anatolij Koteszew, Władimir Denisow i Leonid Romanow.</p>



<p>Uznawany za szermierza wszech czasów, „muszkietera XX wieku” i „Mozarta floretu” Francuz Christian d’Oriola komentując monachijski występ Witolda Woydy stwierdził, że „o ile pierwsze złoto Polak zawdzięcza przede wszystkim nogom, o tyle ten drugi, drużynowy zdobył dzięki głowie”.</p>



<p>„Dubeltowy” wyczyn Woydy odbił się szerokim echem w całym szermierczym światku, a w Polsce jego autor stał się niemal bohaterem narodowym. Uznano go za naszego najlepszego uczestnika igrzysk w Monachium, choć do tego tytułu miał przecież w narodowej ekipie więcej znakomitych pretendentów – Polska zdobyła wszak w stolicy Bawarii aż 21 medali, w tym 7 złotych (te, oprócz dwóch wywalczonych na szermierczej planszy, były dziełem: sztangisty Zygmunta Smalcerza, strzelca Józefa Zapędzkiego, pięściarza Jana Szczepańskiego, lekkoatlety – kulomiota Władysława Komara oraz reprezentacji piłkarskiej). Nie mogą więc dziwić&nbsp; zarówno triumf Witolda Woydy w plebiscycie Przeglądu Sportowego na 10 najlepszych sportowców Polski w roku 1972, jak i przyznane mu liczne wysokie odznaczenia państwowe i wyróżnienia sportowe.</p>



<p>Występ na igrzyskach w Monachium był pięknym ukoronowaniem i de facto zamknięciem bogatej w sukcesy 20-letniej kariery Pana Witolda. Na „pożegnanie” wspomógł młodszych kolegów w wywalczeniu trzeciego miejsca na mistrzostwach świata w Goeteborgu. Dodajmy jeszcze, że uprawianie sportu na wysokim poziomie umiał on połączyć ze zdobywaniem wykształcenia (ukończył studia prawnicze). Po zakończeniu kariery potrafił je wykorzystać. Początkowo pracował we Włoszech jako trener, a później osiadł w Stanach Zjednoczonych i parał się tam biznesem. Do Polski co jakiś czas przyjeżdżał. Między innymi latem 2003 roku odsłonił tablicę ze swoim nazwiskiem w Alei Gwiazd Sportu we Władysławowie – Cetniewie. Był też inicjatorem turniejów szermierczych dla dzieci, fundując nagrody i upominki dla najlepszych&nbsp; – kiedy nie mógł być na nich obecny, przez Internet kierował do uczestników pozdrowienia i ciepłe słowa.</p>



<p>Ostatnie lata życia upłynęły mu na walce z poważną chorobą. Niestety, tego nierównego pojedynku nie udało mu się wygrać. 5 maja 2008 roku zmarł w swym domu w Bronxville w stanie Nowy Jork. Dzięki zaangażowaniu Tomasza Malanowskiego – przyjaciela Witolda Woydy i pomocy władz stolicy co roku odbywa się w Warszawie turniej memoriałowy noszący imię naszego dwukrotnego złotego medalisty olimpijskiego we florecie. Jego zwycięzca otrzymuje replikę złotego medalu z monachijskich igrzysk z autografem jego zdobywcy i pamiątkową inskrypcją oraz floret z klingą pokrytą&nbsp;24-karatowym złotem. We wrześniu 2022 roku impreza, organizowana m.in. pod honorowym patronatem PKOl, miała już swoją czternastą edycję.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Robert Korzeniowski</title>
		<link>https://olimpijski.pl/robert-marek-korzeniowski/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 01 Oct 2021 09:50:23 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://olimpijski.pl/?p=47921</guid>

					<description><![CDATA[Pierwszy piechur Rzeczypospolitej „Oto Robert Korzeniowski – pierwszy piechur Rzeczypospolitej. Już wmaszerował na bieżnię stadionu i macha tymi swoimi rączętami, już pewny]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong>Pierwszy piechur Rzeczypospolitej</strong></h2>



<p>„Oto Robert Korzeniowski – pierwszy piechur Rzeczypospolitej. Już wmaszerował na bieżnię stadionu i macha tymi swoimi rączętami, już pewny zwycięstwa i złotego medalu” – tak końcówkę chodu na 50 km podczas igrzysk w Atenach relacjonował na antenie Polskiego Radia znakomity specjalista „królowej sportu” red. Lesław Skinder. Wraz z nim emocje towarzyszące temu wydarzeniu przeżywało 27 sierpnia 2004 roku jakże wielu polskich kibiców śledzących przebieg igrzysk w radiu lub telewizji, ale nie na ateńskim stadionie, bo… na trybuny przez niedopatrzenie gospodarzy właściwie nie wpuszczono widzów.</p>



<p>Wydarzenie było niezwykłe, bowiem stanowiło niejako podsumowanie, ukoronowanie kariery urodzonego w Lubaczowie lekkoatlety, który – uczestnicząc w czterech kolejnych igrzyskach (1992, 1996, 2000 i 2004) – wywalczył cztery złote medale olimpijskie – jeden na dystansie 20 i trzy na 50 km. Ten bilans, wzbogacony o trzy tytuły mistrza świata (50 km) i kilka najlepszych na świecie wyników (na dystansach od 5 do 50 km), stawia Roberta Korzeniowskiego w gronie najlepszych lekkoatletów globu.</p>



<p>Jednak nie byłoby pewnie Roberta Korzeniowskiego i jego tak pięknej kariery chodziarza, gdyby nie choroba reumatyczna, po której zalecono mu aktywność fizyczną. Wybrał, lecz na krótko, judo, ale potem trafił do sekcji lekkoatletycznej w Tarnobrzegu i tam podjął treningi – właśnie chodu.</p>



<p>Poważniejszą przygodę ze sportem rozpoczął w roku 1987 od mistrzostw Polski i juniorskiej imprezy w Anglii –okraszonej zwycięstwem. Wkrótce po nich – studia w katowickiej AWF, z którymi od początku radził sobie dobrze, nie zaniedbując przy tym treningów – kiedy tylko było to możliwe do sesji egzaminacyjnej podchodził przed terminem, by móc np. pojechać na zgrupowanie.</p>



<p>Pierwszy oficjalny występ w reprezentacji zaliczył w 1989 roku na Pucharze Świata pod Barceloną – miastem, które potem zapadnie mu w pamięci z zupełnie innego powodu. Wtedy było 40. miejsce na 20 km, ale i apetyt na wyższą lokatę trzy lata później, w rywalizacji olimpijskiej.</p>



<p>W igrzyskowym debiucie (Barcelona 1992) „Korzeń” na dystansie 20 km przemaszerował tylko niespełna 12, bo nie poradził sobie z miejscowym skwarem. Chciał powetować to sobie na 50 km i wszystko przebiegało zgodnie z planem aż do… końcowych kilkudziesięciu metrów przed tunelem prowadzącym na stadion. Korzeniowski był drugi, już prawie czuł się srebrnym medalistą, ale nagle amerykański&nbsp; sędzia pokazał mu czerwoną kartkę oznaczającą zdjęcie Polaka z trasy, a więc – dyskwalifikację. Arbiter dopatrzył się nieregulaminowego marszu w wykonaniu naszego reprezentanta. Sytuacja powtórzyła się rok później na mistrzostwach świata w Stuttgarcie (50 km), a potem jeszcze w Sewilli (1999, 50 km) i raz na mistrzostwach Europy w Helsinkach (1994, 20 km).</p>



<p>Wszystkie te niepowodzenia Korzeniowski powetował sobie na igrzyskach w Atlancie (złoto na 50 km), Sydney (złote medale na 20 i 50 km) oraz we wspomnianych na wstępie&nbsp; Atenach (złoto na 50 km). Warto podkreślić, że do wszystkich startów pan Robert przygotowywał się niezwykle starannie<br>i w pełni profesjonalnie, z wykorzystaniem odpowiedniego oprogramowania komputerowego, z dokładnie zaplanowanym czasem realizacji poszczególnych elementów przygotowań. Tak postępował w kraju, we Francji – gdzie przez pewien czas mieszkał i startował – oraz przy okazji każdego innego pobytu sportowego za granicą. Zawsze też pamiętał o tym, że „udziałowcem” jego sukcesów był współpracujący z nim przez 17 lat trener Krzysztof Kisiel.</p>



<p>Zawsze elegancki i uprzejmy, pewnie władający kilkoma językami obcymi, z zadatkami na dobrego managera – tak postrzegany był i pozostaje Robert Korzeniowski. Po zakończeniu zawodniczej przygody ze sportem angażował się w organizację krakowskiego mityngu „Na Rynek marsz!”, Cracovia Maratonu oraz w wiele przedsięwzięć popularyzujących aktywność fizyczną dzieci i młodzieży. W latach 2005-2009 pracował w Redakcji Sportowej Telewizji Polskiej, będąc jej szefem, a od roku 2007 kierując właśnie wtedy powstałym kanałem tematycznym TVP Sport. Dwukrotnie zwyciężał w plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszych sportowców Polski; został odznaczony Krzyżami – Kawalerskim, Oficerskim i Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Irena Szewińska</title>
		<link>https://olimpijski.pl/irena-szewinska-kirszenstein/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 26 Apr 2021 07:27:13 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://olimpijski.pl/?p=41645</guid>

					<description><![CDATA[Królowa królowej sportu Była i pozostaje bez wątpienia najjaśniej świecącą gwiazdą całego polskiego sportu i jedną z najwybitniejszych sportsmenek świata. Jej sukcesami]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong>Królowa królowej sportu</strong></h2>



<p>Była i pozostaje bez wątpienia najjaśniej świecącą gwiazdą całego polskiego sportu i jedną z najwybitniejszych sportsmenek świata. Jej sukcesami – medalami, tytułami i rekordami można by obdzielić kilkoro zawodników.</p>



<p>Przygodę ze sportem rozpoczęła tak jak wiele jej rówieśniczek i rówieśników – w szkole, a dokładniej – w warszawskim liceum. To na jednej z lekcji wf, kiedy (nawiasem mówiąc – na szkolnym korytarzu) zarządzono sprinty, 14-letnia Irena Kirszenstein pokonała dystans tak szybko, że nauczycielka nie mogła uwierzyć w czas, który złapała na stoperze. Powtórka dała ten sam wynik i – tak „to” się zaczęło. Krótko po tym były już pierwsze treningi w stołecznej Polonii pod okiem trenera Jana Kopyty. Długonoga licealistka nie tylko biegała, ale także skakała w dal i wzwyż. Nikt jednak nie mógł wtedy wyobrazić sobie, że po niepełna czterech latach regularnych treningów Irena Kirszenstein znajdzie się w reprezentacji na igrzyska olimpijskie w Tokio. A przecież udział w tej imprezie zaznaczyła niezwykle efektownie, sięgając w debiutanckim starcie po trzy medale – złoty (z rekordem świata) w sztafecie 4&#215;100 m (wraz z Teresą Ciepły, Haliną Górecką i Ewą Kłobukowską) oraz dwa srebrne – w biegu na 200 m i w skoku w dal.</p>



<p>To były dla biało-czerwonych bardzo udane igrzyska, bo plonem ich występów w stolicy Japonii były łącznie 23 medale (7 złotych, 6 srebrnych i 10 brązowych). Medalistów i medalistki witano w kraju z należnym ich szacunkiem, a kibice i dziennikarze długo jeszcze powracali do wydarzeń na tokijskich arenach igrzysk.</p>



<p>Po powrocie z Tokio Irena Kirszenstein rozpoczęła (z niewielkim opóźnieniem) stacjonarne studia ekonomiczne na Uniwersytecie Warszawskim (ukończyła je w roku 1970) i potem – jak się okazało z powodzeniem – łączyła je z uprawianiem sportu, i to na najwyższym poziomie. Przypomnieć wypada choćby wspaniałe biegi (z rekordem świata – 22,7 sek. na 200 m) podczas meczu Polska &#8211; USA w Warszawie czy wręcz genialny występ na mistrzostwach Europy w Budapeszcie (1966), z których Pani Irena wróciła z trzema złotymi i jednym srebrnym medalem. W kolejnym, przedolimpijskim roku były efektowne triumfy w meczu Ameryka – Europa i w finałowych zawodach Pucharu Świata, ale w głowie już świtała myśl o podróży do Meksyku na rozgrywane tam w 1968 roku drugie igrzyska olimpijskie naszej bohaterki. W nich wystartowała już jako Szewińska, bo niespełna rok wcześniej wyszła za mąż za kolegę z lekkoatletycznego stadionu – zawodnika, fotoreportera sportowego, a potem także – jej trenera – Janusza Szewińskiego.</p>



<p>Start w Meksyku wypadł poniżej oczekiwań – zarówno kibiców, jak i samej zawodniczki. Było wprawdzie złoto (znów z rekordem świata) na 200 m i brąz na dystansie o połowę krótszym, ale w skoku w dal i w biegu rozstawnym już sukcesów zabrakło. Były za to niezmiennie wysokie lokaty w dorocznych rankingach światowej lekkoatletyki. Do tego – sukces osobisty, bo w roku 1970 Irena Szewińska została mamą. Urodziła Andrzeja, który z czasem podążył sportową drogą za rodzicami. Wyczynowo uprawiał na wysokim poziomie siatkówkę, kierował klubem sportowym, był zastępcą Prezydenta Częstochowy, senatorem RP, a obecnie (od roku 2019) – jest posłem na Sejm.</p>



<p>Powrót do wyczynowego sportu po urlopie macierzyńskim był bardzo szybki i – udany. Już kilka miesięcy po porodzie nasza bohaterka wznowiła treningi, by w roku następnym pobiec w Helsinkach po brązowy medal mistrzostw Europy na 200 m, a w kolejnym – po identyczne trofeum, ale już na igrzyskach olimpijskich w Monachium.</p>



<p>To był jej szósty, przedostatni medal igrzysk, bo (zaliczając „po drodze” w 1974 dwa krążki złote i jeden brązowy na mistrzostwach Starego Kontynentu w Rzymie) po siódmy sięgnęła cztery lata później na stadionie w Montrealu. Wielu kibiców jeszcze dziś ma w oczach fenomenalny bieg Szewińskiej w finale 400 metrów, a zwłaszcza jej efektowny finisz na ostatniej prostej. Na 100 metrów przed metą biegła niemal równo z Niemką z NRD Christiną Brehmer, ale właśnie wtedy nastąpił „piorunujący” – jak pisali dziennikarze – finisz Polki. Zwyciężyła niezagrożona, ustanawiając czasem 49,29 sek. fantastyczny rekord świata. Niemkę wyprzedziła o ponad sekundę!</p>



<p>Olimpijskie starty Irena Szewińska zakończyła w roku 1980 w Moskwie, ale występ na dystansie 400 m nie był udany, a to za sprawą nie do końca zaleczonej kontuzji nogi odniesionej miesiąc wcześniej w jednym ze&nbsp;startów kontrolnych.</p>



<p>Jak stwierdziliśmy na wstępie, olimpijski bilans Ireny Szewińskiej jest imponujący. Siedem medali – trzy złote, dwa srebrne i dwa brązowe – stawia ją na czele medalowej klasyfikacji wszystkich naszych olimpijczyków. Taki wynik trudno będzie komukolwiek powtórzyć.</p>



<p>Po zakończeniu przez Panią Irenę zawodniczej kariery Szewińskim urodził się drugi syn – Jarosław, dziś pracujący jako informatyk, a ona sama, nie chcąc odchodzić od sportu, któremu poświęciła już wtedy 20 lat, zaczęła działać w strukturach polskiej (była m.in. Prezesem PZLA), a potem także europejskiej i światowej lekkoatletyki. Pracowała społecznie także w Polskim Komitecie Olimpijskim (była przez kilka kadencji jego Wiceprezesem), a w lutym 1998 r. w Nagano została wybrana w skład MKOl. W nim pracowała w kilku komisjach specjalistycznych oraz w zespołach koordynujących przygotowania organizacyjne do igrzysk w Atenach, Londynie i Tokio. Jej wielkim marzeniem było to by w roku 2020 być obecną na igrzyskach w japońskiej stolicy – miejscu, w którym 56 lat wcześniej rozpoczęła się jej wspaniała sportowa kariera. Niestety, tego marzenia nie udało się już zrealizować – mimo uporczywej walki z nieuleczalną chorobą zmarła 29 czerwca 2018 roku.</p>



<p>Pogrzeb najlepszej polskiej sportsmenki – 7-krotnej zdobywczyni „Złotych kolców”, 4-krotnej triumfatorki plebiscytu Przeglądu Sportowego na najlepszych sportowców kraju, damy Orderu Orła Białego i wielu innych polskich i zagranicznych odznaczeń, obok najbliższych zmarłej zgromadził  przedstawicieli  najwyższych władz państwa – Prezydenta Andrzeja Dudę, Premiera Mateusza Morawieckiego, Prezydenta MKOl Thomasa Bacha i szefa światowej lekkoatletyki – Sebastiana Coe. Irenę Szewińską żegnali też licznie zebrani reprezentanci środowiska sportowego – PKOl, klubów i związków sportowych, klubów olimpijczyka, szkoły podstawowej nr 4 w Pułtusku noszącej jej imię oraz m.in.: Sopotu, Pułtuska, Namysłowa, Międzyzdrojów, Zgierza i Bydgoszczy – miast, których była Honorową Obywatelką.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Ryszard Szurkowski</title>
		<link>https://olimpijski.pl/ryszard-jan-szurkowski/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2021 11:03:06 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://olimpijski.pl/?p=38782</guid>

					<description><![CDATA[500 razy na podium Ryszard Szurkowski był bez wątpienia najlepszym w historii polskim kolarzem i na pewno jednym z najlepszych w ogóle]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong>500 razy na podium</strong></h2>



<p>Ryszard Szurkowski był bez wątpienia najlepszym w historii polskim kolarzem i na pewno jednym z najlepszych w ogóle sportowców naszego kraju – dość przypomnieć, że w plebiscycie na „Sportowca XX wieku” zajął drugie miejsce, ustępując tylko fenomenalnej Irenie Szewińskiej.</p>



<p>Jego sportowa kariera była nietypowa – w jakże bogatej kolekcji sukcesów trudno szukać osiągnięć z zawodów juniorów czy młodzieżowców. Właściwie prawdziwe ściganie się rozpoczął dopiero po zakończeniu służby wojskowej, w wieku 22 (!) lat.</p>



<p>W czasie swojej, trwającej aż do roku 1980, kariery zawodniczej Ryszard Szurkowski ponad 500 razy stawał na podium (zwykle na jego najwyższym stopniu) rozmaitych wyścigów. W latach 70-tych był na ustach kibiców kolarstwa i nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Przyczyniły się do tego wspaniałe sukcesy w najbardziej prestiżowych imprezach – trzy tytuły mistrza świata (indywidualnie – 1973 w Barcelonie oraz dwukrotnie w drużynie – 1973 (tamże) i 1975 w Yvoir), indywidualne wicemistrzostwo świata (1974, Montreal), dwa srebrne medale olimpijskie (wyścig drużynowy – 1972 w Monachium i 1976 w Montrealu), czterokrotne zwycięstwo w Wyścigu Pokoju, dwanaście tytułów mistrza Polski w wyścigach szosowych. W zawodach „open”, w których brał udział jako jeden z pierwszych przedstawicieli polskiego kolarstwa, zawsze był wymagającym przeciwnikiem dla najlepszych kolarzy zawodowych.</p>



<p>Na trasie – zawsze niezwykle waleczny, w końcówkach wyścigów imponował skutecznymi finiszami. Wyróżniał się także prawdziwie dżentelmeńską postawą – m.in. na mistrzostwach Polski w roku 1970 oddał swój rower rywalowi (Zygmuntowi Hanusikowi), dzięki czemu ten wygrał zawody. Nie umknęło to uwadze organizatorów i dziennikarzy. Za ten gest Ryszard Szurkowski otrzymał Nagrodę Fair Play UNESCO. Zawsze cechowały go wielka skromność, opanowanie, życzliwość wobec innych. Za wybitne osiągnięcia sportowe nagrodzono go najwyższymi odznaczeniami państwowymi, m.in. Krzyżami – Kawalerskim, Oficerskim, Komandorskim i Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Zebrał całą kolekcję prestiżowych nagród i wyróżnień sportowych.</p>



<p>Po zakończeniu kariery zawodniczej Ryszard Szurkowski (absolwent wrocławskiej AWF) z powodzeniem pracował jako trener kadry narodowej – to pod jego okiem w maju w roku 1985 Lech Piasecki wygrał Wyścig Pokoju, a trzy miesiące później został we Włoszech indywidualnym mistrzem świata. Trzy lata później pozostająca pod opieką szkoleniową Ryszarda Szurkowskiego polska drużyna szosowców (Andrzej Sypytkowski, Zenon Jaskuła, Joachim Halupczok i Marek Leśniewski) zdobyła w Seulu olimpijskie srebro.</p>



<p>W późniejszym okresie Ryszard Szurkowski współtworzył pierwszą polską zawodową grupę kolarską Exbud, był szefem szkolenia i Prezesem Polskiego Związku Kolarskiego, dyrektorował polskiej części Wyścigu Pokoju. W latach 1985-1989 był posłem na Sejm RP. Od wielu klat aktywnie działał w ruchu olimpijskim, będąc przez kilka kadencji (również w obecnej) członkiem Zarządu PKOl.</p>



<p>Bolesną traumą dla Ryszarda Szurkowskiego okazała się śmierć syna Norberta – jednej z ofiar zamachu terrorystycznego na WTC w Nowym Jorku (wrzesień 2001). Długo nie mógł pogodzić się z tą stratą, ale – pomocy w odzyskaniu równowagi psychicznej szukał w sporcie. Grał z powodzeniem w tenisa, nie rezygnował z jazdy na rowerze i ścigania się w wyścigach weteranów. Podczas takiej właśnie imprezy, w czerwcu 2018 roku w Kolonii, uczestniczył w groźnej kraksie, w której wyniku doznał uszkodzenia rdzenia kręgowego, czterokończynowego porażenia i poważnej kontuzji głowy. Od tego czasu przechodził intensywną rehabilitację, dzielnie walcząc o powrót do zdrowia. Niestety, w ostatnim okresie na dotychczasowe dolegliwości nałożyła się jeszcze choroba nowotworowa. Mimo operacji zmarł w radomskim szpitalu 1 lutego 2021 roku.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Anita Włodarczyk</title>
		<link>https://olimpijski.pl/anita-wlodarczyk/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[superadmin]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 08 Oct 2020 13:20:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://pkol2020.olimpijski.pl/?p=31851</guid>

					<description><![CDATA[Ta, która rzuca najdalej Jej droga do sportu rozpoczęła się od… speedroweru, czyli „kolarskiej” wersji tak popularnego w jej rodzinnym Rawiczu żużla.]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong><strong>Ta, która rzuca najdalej</strong></strong></h2>



<p>Jej droga do sportu rozpoczęła się od… speedroweru, czyli „kolarskiej” wersji tak popularnego w jej rodzinnym Rawiczu żużla. Miała w niej nawet całkiem niezłe wyniki, zresztą – pochodzi z usportowionej rodziny, bo mama grała w koszykówkę, zaś tato – w piłkę nożną. Do lekkoatletyki trafiła w wieku 16 lat, kiedy to podjęła treningi w Kadecie Rawicz. Początkowo rzucała dyskiem, ale potem zdecydowała się na miotanie młotem i to w tej specjalności okazała się po latach mistrzynią nad mistrzynie.</p>



<p>Nigdy nie kryła, że na początku przygody z królową sportu wzorowała się na niezapomnianej Kamili Skolimowskiej – naszej najmłodszej mistrzyni olimpijskiej (Sydney 2000) i pierwszej złotej medalistce igrzysk w rzucie młotem. Po jej śmierci podczas wielu zawodów startowała w rękawiczce, którą podarowała jej właśnie Kamila.</p>



<p>Droga Anity Włodarczyk do wielkich sukcesów była ciekawa i imponująca zarazem. Jej początki to obiecujące wyniki na zawodach młodzieżowych rangi krajowej i europejskiej, osiągane po treningach odbywanych w warunkach dalekich od ideału. Prawdziwą legendą obrosły na przykład opowieści o treningowych rzutach oddawanych pod poznańskim mostem św. Rocha. Po przeprowadzce do stolicy wcale nie było dużo lepiej. Tymczasem – niesamowita ambicja i solidna, okupiona dziesiątkami litrów potu praca na treningach poczęła przynosić efekty.</p>



<p>Olimpijski debiut w Pekinie (2008) to wysokie szóste miejsce w konkursie, rok później za to – złoto mistrzostw świata w Berlinie. Kolejne lata znaczy pani Anita choćby rekordami świata, ale także – niestety – zmaganiami z kontuzjami (stopa, kręgosłup). Z tych wychodzi jednak obronną ręką i nadal startuje na najwyższym poziomie światowym. Z Londynu (2012) wraca do kraju z olimpijskim srebrem, które dopiero siedem lat później (na gali z okazji 100-lecia PKOl) zostaje jej wymienione na krążek złoty.</p>



<p>Po Londynie króluje w Europie i świecie w swojej konkurencji. Mistrzynią świata zostaje jeszcze trzykrotnie (Moskwa 2013, Pekin 2015, Londyn 2017), a na europejskim czempionacie triumfuje łącznie aż cztery razy (Helsinki 2012, Zurych 2014, Amsterdam 2016 i Berlin 2018), jedynie z Barcelony (2010) przywożąc do kraju brązowy medal.&nbsp;Niejako „po drodze” – w sierpniu 2015 r. – zostaje pierwszą na świecie kobietą, która w rzucie młotem przekracza granicę 80 metrów (81,08 m). Zresztą – w następnych latach rekord świata w tej specjalności doprowadza do poziomu 82,98 m, ale znów – niejako „przy okazji” zdobywa po olimpijskie złoto sięga w Rio de Janeiro (2016).</p>



<p>Staje się niemal „bohaterką narodową” a już na pewno – niekwestionowaną gwiazdą rodzinnego Rawicza, skąd po powracającą z sukcesami lekkoatletkę wysyłany jest autobus w… złotych barwach, a powitaniom na miejskim rynku towarzyszy atmosfera wielkiego święta.</p>



<p>W ślad za tymi osiągnięciami na koncie zawodniczki pojawiają się zwycięstwa w przeróżnych plebiscytach i rankingach – krajowych i zagranicznych oraz – wysokie odznaczenia państwowe.</p>



<p>Uprawianie sportu na wysokim poziomie nie przeszkadza pani Anicie w zdobyciu wykształcenia – po licencjacie na poznańskiej AWF kończy bowiem także magisterskie studia w Wyższej Szkole Edukacja w Sporcie w Warszawie. Stolicę jednak opuszcza i – w poszukiwaniu lepszych warunków treningowych – przenosi się do katowickiego klubu AZS AWF. Zostaje Ambasadorką Stadionu Śląskiego w Chorzowie, nazwanego krótko potem Narodowym Stadionem Lekkoatletycznym.</p>



<p>Niestety, kontuzja kolana, operacja i rehabilitacja od połowy 2019 r. wyłącza Anitę Włodarczyk z treningów i zawodów – nie może więc wziąć udziału w kolejnych mistrzostwach świata w Ad Dausze, ale – nie poddaje się i zapowiada, że solidnie przygotuje się do olimpijskiego startu w Tokio w roku 2020. W końcu marca okazuje się jednak, że walkę o trzecie z rzędu złoto igrzysk będzie mogła stoczyć dopiero w roku 2021… Podejmuje i to wyzwanie jak prawdziwa mistrzyni.</p>



<p>Całkowicie dominuje w konkursie rzutu młotem podczas Igrzysk XXXII Olimpiady Tokio 2020. Awans do finału zapewnia sobie już pierwszym rzutem w eliminacjach. W konkursie finałowym także nie pozostawia złudzeń rywalkom, że trzecie złoto należy się jej. Anita Włodarczyk zdobywa trzeci tytuł mistrzyni olimpijskiej i jest pierwszą zawodniczką w historii swojej konkurencji z trzema złotymi medalami olimpijskimi.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Janusz Kusociński</title>
		<link>https://olimpijski.pl/janusz-tadeusz-kusocinski/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[tpiechal]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 08 Oct 2020 10:39:49 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Urodzeni, aby wygrywać]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://pkol2020.olimpijski.pl/?p=31687</guid>

					<description><![CDATA[Pierwszy polski mistrz olimpijski „Kształcić duszę cnotami, umysł słowami, a ciało sportem”, Janusz Kusociński Gdy biegł po olimpijskie mistrzostwo w butach miał]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2 class="wp-block-heading"><strong>Pierwszy polski mistrz olimpijski</strong></h2>



<p><strong>„Kształcić duszę cnotami, umysł słowami, a ciało sportem”, Janusz Kusociński</strong></p>



<p><strong>Gdy biegł po olimpijskie mistrzostwo w butach miał pełno krwi, ale dobiegł do mety, pokonał najlepszych wtedy na świecie Finów. Gdy wybuchła II wojna światowa, stanął w obronie ojczyzny. Przesłuchiwany brutalnie przez gestapo, nie wydał nikogo, nie zdradził Polski. Twardziel. Janusz Kusociński miał status legendy. 25 razy bił rekordy Polski w biegach na średnich i długich dystansach. Dwukrotnie udało mu się ustanowić rekord świata. Król bieżni.</strong></p>



<p>Do reprezentacji Polski na Igrzyska IX Olimpiady w Amsterdamie nie został powołany, bardzo to przeżył. Wyjeżdżającą do stolicy Holandii Polską Reprezentację Olimpijską żegnał wraz z tłumem kibiców na Dworcu Głównym w Warszawie. Złoty medal Haliny Konopackiej zmotywował go do dalszej pracy.&nbsp;</p>



<p>„Jego jedynym trenerem był estoński medalista olimpijski w wieloboju, Aleksander Klumberg. Wspólnie stosowali metody jeszcze nie dość powszechne: trening interwałowy, zimowe biegi na hali lub po śniegu w Łazienkach (gdzie Kusociński pracował jako ogrodnik), masaże, a każde zajęcia rozpoczynały się od ćwiczeń gimnastycznych”.</p>



<p>Podczas Igrzysk X Olimpiady w Los Angeles w 1932 roku Kusocińskiemu przydzielono numer 364, uznał to za dobry znak, bo suma cyfr dawała szczęśliwą 13.&nbsp;</p>



<p>&#8222;Każdy krok to męka, a Iso-Hollo się zbliża, odrabia metr po metrze, ale mu wreszcie zabrakło tych metrów osiem. Polak kulejąc i zataczając się z bólu przerywa taśmę , zwyciężając w czasie nowego olimpijskiego rekordu&#8221; – relacjonował wybitny dziennikarz sportowy Wojciech Trojanowski.</p>



<p>Kusociński wygrał uzyskując czas 30.11.4. W książce „Od palanta do olimpiady w kilka lat później” lekkoatleta wspominał, że jedynym jego pragnieniem po biegu było zrzucenie pantofli.&nbsp;</p>



<p>Dziennikarze nazywali go „polskim Nurmim”. Po powrocie do Polski jego popularność sięgnęła zenitu; często przebywał w towarzystwie znanych artystów. Loda Halama, Hanka Ordonówna, Adolf Dymsza…</p>



<p>„(…) nie był typem amanta (…) Był małomówny zamknięty w sobie i rzadko udzielał wywiadów. Późno nadrobił braki w wykształceniu, dopiero w wieku 31 lat ukończył studia. Podobno smalił cholewki do legendarnej mistrzyni tenisa Jadwigi Jędrzejewskiej, jednak do końca życia pozostał kawalerem(…)”.</p>



<p>Kariera sportowa Kusocińskiego jest przerywana przez liczne kontuzje – biegacz musi szczególnie uważać na stawy skokowe, ścięgna i kolana. Po każdej rehabilitacji jednak ambitnie wracał do sportu. Plany wyjazdu na igrzyska w Berlinie (1936) zniweczyła operacja usunięcia zwyrodniałej łąkotki, której podjął się słynny lekarz Henryk Julian Levittoux. Do stolicy Niemiec lekkoatleta pojechał w charakterze doradcy technicznego i dziennikarza. Planowane igrzyska w Helsinkach (1940) nie odbyły się z powodu wojny.&nbsp;</p>



<p>Za działalność konspiracyjną, po śledztwie na Pawiaku i Szucha, 20 lub 21 czerwca 1940 roku Janusz Kusociński ginie rozstrzelany w Palmirach, wraz z&nbsp;m.in. dwoma innymi olimpijczykami: Feliksem Żuberem i&nbsp;Tomaszem Stankiewiczem. Kusy, tragiczny bohater.</p>



<p>Wszystkie cytaty pochodzą z minialbumu <em>Janusz Kusociński</em>, oprac. Stefan Szczepłek (seria Medaliści), wydawnictwo BOSZ, PKOl</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
