Tomasz Majewski: „Dla kariery zdrowy dystans to wielka sprawa”

„Pochodzę ze wsi, moi rodzice mieli gospodarstwo rolne. Z czwórką rodzeństwa tworzyliśmy dużą, szczęśliwą rodzinę. Byłem przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Do tego dostałem dużo swobody, wolności, co z kolei pozwoliło mi się szybko usamodzielnić. Poza sportem i nauką miałem również swoje zainteresowania. Dużo czytałem, lubię literaturę, nie można się zamknąć tylko na sport, na jeden temat, to spłyca życie. Dla kariery zdrowy dystans to wielka sprawa. Dzięki temu byłem jeszcze lepszy”.

Moje miejsce w historii

W historii lekkoatletyki oczywiście jest znaczące, bo jednak trochę tych medali zdobyłem. Moja kariera była długa i bogata, ale jesteśmy też dyscypliną sportu, która ma duży wkład w historię polskiego olimpizmu. Wielkich mistrzów przede mną i po mnie na szczęście było sporo, ale też rozumiem mój udział w dziejach konkurencji, którą uprawiałem, na poziomie światowym. Jak do tego podchodzę? Całkiem normalnie. Nauczono mnie w sporcie, że zaraz po zdobyciu medalu przechodzi on do historii i trzeba patrzeć do przodu na następne wyzwania, na następne imprezy. I tak było przez całą karierę. Nie patrzyłem wstecz, dopiero po zakończeniu startów spojrzałem na swój dorobek, by go jakoś ocenić. Miałem dobrą karierę, wykorzystałem większość swoich szans, choć nie wszystkie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było naprawdę nieźle.

Mamy w historii wielkich mistrzów jak Irena Szewińska, Robert Korzeniowski, Anita Włodarczyk, jak uczestnicy Wunderteamu, choćby Józef Schmidt czy Zdzisław Krzyszkowiak. Mieliśmy szczęście do postaci, które stanowiły o sile swoich konkurencji, byli gwiazdami formatu światowego. Ja wchodziłem do sportu, kiedy kształtowała się ta druga złota drużyna. Razem z Piotrkiem Małachowskim, później Anitą Włodarczyk tworzyliśmy wstęp do tej supermocnego teamu i z tego mam największą radość. Że udało nam się rozkręcić dobrą koniunkturę, że udało się zacząć wielkie sukcesy polskiej lekkoatletyki na nowo.

Pekin 2008

Na początku była zabawa

Na samym starcie tak powinno być. Dla mnie sport długo był zabawą, ale wielu ludzi przepowiadało mi i wierzyło, że mogę być prawdziwym zawodnikiem, seniorem z krwi i kości, bo mam ku temu możliwości. Tak też układało mi się w głowie. Kiedy zacząłem zdobywać medale mistrzostw Polski w młodszych kategoriach, dostrzegłem w sobie miejsce na rozwój. Miałem świadomość, że jeśli nadgonię parę rzeczy, moje pchanie może naprawdę nieźle wyglądać. W wieku 20 lat zacząłem wierzyć, że mogę być wyczynowcem.

Zacząłem startować w zawodach okręgowych już w szkole podstawowej, zanim jeszcze zacząłem trenować, niczego nie potrafiąc. W szkole średniej trafiłem na stadion, zaczęły się regularne zajęcia. Od razu mi się spodobało, trenowałem sześć razy w tygodniu. Nie bawiłem się w lekkoatletykę, natychmiast wszedłem w wyczynowy reżim. Tak zostało na 20 lat.

Przez pierwsze lata kariery było ciężko, miałem wiele nieudanych startów. Na szczęście coś tam zacząłem łapać, im dalej w las, tym więcej. Wyróżnikiem mojej kariery było to, że odnotowywałem stały progres. Właściwie nie zatrzymywałem się w rozwoju.

Mój pierwszy trener

Był nim Zbyszek Majewski, mój kuzyn. Wciągnął i namówił mnie do lekkoatletyki. Bardzo szybko przeszedłem do profesjonalnej grupy Witolda Suskiego, który był trenerem kadry w rzucie dyskiem. Trenowałem z nim, jego synem Pawłem. Przeszedłem do grupy rzutów, która już wtedy była bardzo dobra. Przyczyniło się to do mojego rozwoju, bo od razu trenowałem w świetnych warunkach. Za moim sukcesem stało to, że od samego początku dobrze mnie uczono, przeskoczyłem parę szczebli.

Rozłąka z domem

W pierwszych latach kariery w ogóle jej nie było, ponieważ dojeżdżałem do szkoły, po lekcjach trenowałem i wracałem do domu. Ostatni autobus odjeżdżał o godz. 18.15, na który musiałem zdążyć, bo następnego po prostu nie było. Stąd nauczyłem się szybko trenować na bardzo krótkich przerwach. Po przyjeździe do Warszawy musiałem się tego oduczyć. Do stolicy trafiłem już na studia, było więc czymś oczywistym, że wyjdę z rodzinnego domu. Daleko nie miałem, to zaledwie 70 km. Zresztą moje rodzeństwo również wybrało ten kierunek.

Pochodzę ze wsi, moi rodzice mieli gospodarstwo rolne. Z czwórką rodzeństwa tworzyliśmy dużą, szczęśliwą rodzinę. Pomogło mi to niezwykle w moim rozwoju sportowym. Byłem przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Do tego dostałem dużo swobody, wolności, co z kolei pozwoliło mi się szybko usamodzielnić. Ważne jest też to, że poza sportem i nauką miałem również swoje zainteresowania. Dużo czytałem, lubię literaturę, nie można się zamknąć tylko na sport, na jeden temat, to spłyca życie. Dla kariery taka odskocznia, zdrowy dystans to wielka sprawa. Dzięki temu byłem jeszcze lepszy.

Moja technika

Byłem jednym z ostatnich, który pchał techniką doślizgu, po mnie był tylko David Storl. Po nas to wszystko się skończyło, a przecież kiedy zaczynałem, dzieliliśmy się pół na pół z zawodnikami, którzy pchali techniką obrotową. W tej chwili relacja ta wynosi 99,5 do 0,5 proc. U kobiet ta relacja jest nieco mniej zachwiana. Łatwiej pcha się z obrotu, większe jest też spektrum zawodników w tej konkurencji, bo również niżsi mają swoje miejsce. Choć pchałem nieźle, nigdy nie doszedłem do zakładanych przez siebie celów technicznych, nigdy nie było aż tak ładnie, jak bym chciał.

Pierwsze igrzyska

Ateny 2004. Trudno było mi się na nie zakwalifikować. W pierwszym starcie sezonu zabrakło mi dziewięciu centymetrów, później złapałem lekką kontuzję, która zepsuła mi cały cykl przygotowań. Technicznie się rozsypałem, nie mogłem pokonać wymaganego minimum 20,30 m. Po drodze był jeszcze wypadek samochodowy z trenerem. Mimo to z tych dziewięciu brakujących centymetrów zrobiło się siedem, ale zaczęło brakować zawodów, gdzie mógłbym dołożyć kolejne. Pojechałem pociągiem na Białoruś na zawody ostatniej szansy i tam mi się udało. Byłem przedostatnim olimpijczykiem, który zakwalifikował się do Aten.

Same igrzyska były szczególne, w starożytnej Olimpii. Na starożytnym stadionie były tylko dwie konkurencje, ale przyznam, że wolałbym startować na stadionie. Choć jechałem jako czwarty zawodnik halowych mistrzostw świata, co rozbudziło moje oczekiwania, ale zakończyłem igrzyska na 18. miejscu. To było pierwsze zderzenie z tak ważną imprezą, można było zdać sobie sprawę z wagi tego wydarzenia. Dopiero wtedy przekonałem się, że to coś naprawdę szczególnego w porównaniu do innych seniorskich imprez, na które już jeździłem. To była bardzo dobra nauka, zobaczyłem czar igrzysk. Sportowo był to jednak krok w tył.

Cztery lata między igrzyskami to dobry okres mojej kariery. Jeździłem na imprezy mistrzowskiej, łapałem „szerokie finały”. Miałem duże możliwości, ale czułem, że technicznie jestem pogubiony. Potrzeba było paru lat, by wszystko poukładać. W 2007 roku byłem piątym zawodnikiem mistrzostw świata, rok później w hali zdobyłem swój pierwszy medal mistrzostw globu. Oczekiwania były więc coraz większe, zaczął kiełkować w mojej głowie sprytny plan, że mogę mieć medal na igrzyskach w Pekinie. Ale chodziło o brąz. Założenia spełniły się ponad normę, im bliżej startu, tym lepszą formę prezentowałem. Wygrałem!

Pamiętam przebieg konkursu, dzień, w którym wszystko się poukładało. W eliminacjach pchnąłem 21 metrów, wygrałem je, uwierzyłem, że ja naprawdę mogę wygrać. Finał przebiegł po mojej myśli, prowadziłem od drugiej kolejki, a moi rywale pchali poniżej swoich możliwości. W ostatnich seriach poprawiłem się na 21,51 m i wygrałem!

Najlepszy czas

Sportowo to ten między Pekinem a Londynem. Zawsze walczyłem o medale, zawsze o złoto. Różnie to bywało, ale biłem rekordy życiowe, rekord Polski. Do Londynu pojechałem jako faworyt. Mimo że był to konkurs na innym, dużo wyższym poziomie niż cztery lata wcześniej, byłem bardzo pewny siebie. To byli już inni rywale, których jednak pokonałem niewielką różnicą 3 cm. Mimo to uważam, że była to pewna wygrana.

Ale mam też pewne niedosyty. Ten największy dotyczy tego, że nie pokonałem granicy 22 metrów. W sportach „policzalnych” te odległości są bardzo ważne, symboliczne. Brak osiągnięcia tego celu zrekompensowały mi dwa złote medale olimpijskie. Drugi niezrealizowany cel to tytuł mistrza świata, gdzie dwukrotnie byłem bardzo blisko. Ale i tak mogę powiedzieć przecież, że miałem naprawdę dobrą karierę.

Rywale

W pchnięciu kulą dobry okres wciąż trwa, a wtedy to wszystko nabierało tempa. Miałem świetnych przeciwników z dobrymi karierami – byli to Christian Cantwell, Reese Hoffa, David Storl i cała światowa czołówka. To były długie kariery, dzięki czemu stoczyliśmy wiele bardzo dobrych pojedynków. Byliśmy zgraną, znaną sobie stawką, przyjaźniliśmy się. Moja konkurencja była na tyle życiowa, że nie trzeba było trzymać wielkiego reżimu, razem z kolegami mogłem sobie pozwolić na dużo więcej. Nie mieliśmy jakichś szczególnych obostrzeń, więc dlatego trzymaliśmy się bardzo mocno.

Moim największym przyjacielem, nie tylko sportowym, jest Piotrek Małachowski, nasz wspaniały dyskobol. Nasze kariery rozwijały się podobnie i w tych samych momentach.

Londyn 2012

Koniec

Zakończyłem karierę w 2016 roku po igrzyskach w Rio de Janeiro. Daleko od tego sportu nie odszedłem, zostałem działaczem sportowym, wszedłem do zarządu PZLA, cały czas działam. Jestem również związany z Polskim Komitetem Olimpijskim, od ośmiu lat jako członek zarządu. Przede mną kolejne wyzwanie, czyli szefowanie misji olimpijskiej na Paryż 2024. Na tym skupia się moja obecna praca – na organizacji wyjazdu i pobytu całej naszej reprezentacji olimpijskiej.

Moje życie rodzinne jest bardzo dobre. Mam żonę, trzech synów, którzy rodzili się w trakcie mojej kariery i po niej. Cieszę się, że udało mi się pogodzić karierę z życiem prywatnym, co jest przecież bardzo trudne. Teraz już mogę spełniać się jako „cywil”.

Życie sportowca jest fajne. W trakcie kariery trudno sobie wyobrazić, że będzie inaczej. Jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłych wyjazdów, szalonych podróży, brykania po hotelach. Takie życie na walizkach niesie pewną ciekawość, zawsze są to dobre historie, bo jesteśmy otoczeni ludźmi z całego świata, którzy wiodą podobny styl. To zapamiętam przede wszystkim, ten cały lekkoatletyczny cyrk, permanentny ruch.

Marzenia

Kiedy jest się sportowcem, są one skrystalizowane, bardzo konkretne, dotyczą wyników sportowych. A teraz, już w życiu prywatnym są one bardzo przyziemne – żeby być zdrowym, żeby bliscy byli zdrowi. Na szczęście nie muszę już żyć według wyznaczonych celów.

Wysłuchał Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport